11 maja 2008

Rodzina Soprano


Wpadła mi w ręce książka kucharska, która powstała na fali popularności amerykańskiego serialu: "Książka kucharska rodziny Soprano". Wprawdzie w ogóle nie znam tego odcinkowca to zainteresowało mnie to wydawnictwo. Kuchnia włoska w wersji amerykańskiej też nie jest całkiem zła. Spodobały mi się zdjęcia i sposób opracowania tej książki. Naprawdę super promocyjny gadżet. A przepisy? Proste, proste i jeszcze raz proste. Jeśli ktoś chce gotować alla italiana, a nigdy nie próbował ma szansę nauczyć się podstawowych rzeczy o kuchni włoskiej. A może też znaleźć inspirację na tzw. coś z niczego.
W mojej lodówce leżą kiełbaski, które kupiłam, bo ładnie i apetycznie wyglądały w sklepie, jednak odkąd są w domu nikt nie ma na nie apetytu. W książce znalazłam przepis na Pieczone kiełbaski z papryką, ziemniakami i cebulą. Nic nadzwyczajnego -proste, chłopskie danie, ale jak smakuje!
A przygotowanie - minuta osiem. Jednogarkowiec: ziemniaczki, cebula, papryka przyprawione i podpieczone, na to nakłute kiełbaski i znów zapiekamy i gotowe!
Mniam. Na szybką kolację w sam raz! Smacznego.

Książkę wydała Agora SA

17 marca 2008

Świątecznie, jajecznie


Uwielbiam jajka. Wielkanoc to dla mnie czas bezkarnego objadania się nimi. Cały rok na to czekam, bo normalnie jajek jem niewiele. Jestem ofiarą cholesterolowej psychozy. Amnestia przychodzi z Wielkanocą :) Na jajeczny czas wyposażyłam się w książkę „Jajka. 130 prostych przepisów” Michela Roux. Autor jest jednym z najbardziej znanych na świecie szefów kuchni. A w środku przepisy na wykwintne i całkiem zwyczajne potrawy z jajek - od gotowanych, przez smażone, po omlety, suflety, bezy i kremy. Wszytsko opatrzone pięknymi fotografiami. Bardzo przydatne wydawnictwo, szczególnie przez zbliżającymi się świętami Wielkiej Nocy. Książkę wydała Bellona. Brakuje mi jednak jejecznych przystawek w postaci jajek faszerowanych na przeróżne sposoby, ale o tym napiszę później.

Na razie z książki wybrałam przepis na naleśniki z pieczarkami i z kurczakiem. Przyznam, że na takie zestawienie nie wpadłabym. Trochę leniwa jestem i nie trzymałam się zaborczo przepisu, więc prezentuję mój własny na motywach Michela Roux.
Książkę wydała Bellona


Naleśniki z pieczarkami i kurczakiem


Ciasto - najprostsze: 2 szklanki wody, 1 1/2 szklanki mąki, 2 jaja. To wszystko miksuję. Do całości trzeba dodać siekaną natkę pietruszki. Wymieszać i smażyć.

Farsz: dwie piersi z kurczaka, pieczarki (5-6 średniej wielkości grzybków), sól, pieprz. Piersi kroimy w kostkę, podsmażamy, dodajemy pokrojone pieczarki.

Sos beszamelowy: na patelni rozpuszczamy masło, dodajemy łyżkę mąki i szklankę zimnego mleka, doprawiamy do smaku białym pieprzem i gałką muszkatołową.

Produkt gotowy: na naleśnik wykładamy kurczaka z pieczarkami, polewamy sosem i zawijamy w rożek. Gotowe!




31 stycznia 2008

Faworkowo

Tłusty czwartek dziś, a ja zwykle zapominam, kiedy wypada. Zawsze wydaje mi się, że jest bliżej Środy Popielcowej! Nie wiem dlaczego, ale zawsze słodki, tłusty czwartek myli mi się ze octowym śledzikiem. W tym roku jest inaczej!
W dużym supermarkecie nieopodal, już wczoraj zrobiono olbrzymie stoisko z pączkami i dzięki temu nie zapomniałam. Zrobiłam faworki. Wolę tę nazwę od chrustu, choć w sumie dobrze zrobione faworki powinny być właśnie tak łamliwe jak chrust. A faworek kojarzy mi się z favor, czyli łaską, przychylnością, pomocą, a nawet dobrodziejstwem. Czy nim nie jest właśnie obdarowywanie faworkami?

Faworki (chrust)

Składniki (na rozsądną ilość, by spróbować, a nie opychać się i tyć)
1 szklanka mąki
2 żółtka
2-3 łyżki śmietany
proszek do pieczenia - tyle co na czubek noża
1/2 małego kieliszka wódki (może być też spirytus)

olej do smażenia
cukier puder do posypania

Wszystkie składniki mieszamy na stolnicy, zagniatamy ciasto. W razie potrzeby, gdyby było za luźne można dodać jeszcze mąki. Wałkujemy cieniutko i tniemy na paski nożem. Paski dzielimy na krótsze części na skos, nacinamy je nożem na środku i przekładamy przez nie końcówkę ciasta.
Gotowe faworki wrzucamy na głęboki tłuszcz. Smażymy z obu stron. Olej nie może dymić, ani być za wrzący, bo faworki się spalą.
Gotowe złote chrusty posypujemy cukrem pudrem. Jeśli nie jemy ich od razu najlepiej przełożyć je do hermetycznej puszki. Zachowają świeżość.

24 stycznia 2008

Miłka w kuchni

bladopomarańczowa pomarańcza
na parapecie - bladopomarańczowa pomarańcza
ktoś ją zostawił tutaj i teraz słońce ją wykańcza
kroję ją w pół, trzy słońca kapią na parapet
przenoszę się na stół i kuchnia staje się wszechświatem
na parapecie - bladopomarańczowa pomarańcza
tak pozbawiona cienia, jak też korzyści niepogody
i stoję cicha w kuchni, i tylko stopy mam do tańca
biorę rytm z serca i tak oddzielam krew od wody
na parapecie - bladopomarańczowa pomarańcza
a raczej miejsce, gdzie jeszcze przed chwileczką była
a we mnie kolor! A we mnie siła opętańcza
czy pomarańcza na parapecie wciąż by żyła
a teraz we mnie zamieszkał kolor intensywny
na mnie połówki tej pomarańczy jak dwie wydmy
we mnie pragnienia pozamieniały położenia
poza wszechświatem nic już podobno się nie zmienia
na parapecie - kładę kupioną właśnie pomarańczę
To tekst Miłki Malzahn. Można go usłyszeć na jej płycie "Mapa", a także na jej stronie http://mm.art.pl/spiewana.php
Poetyckie szeptanie w kuchni, która od wieków jest świetnym miejscem na rozmowy o życiu. Podoba mi się.

Kuchnia z Zielonego Wzgórza

Kto nie pamięta zabawnych przygód rudowłosej sierotki, która swój dom rodzinny znalazła na Zielonym Wzgórzu na Wyspie św. Edwarda? W powieściach Lucy Maud Montgomery nie brakuje opisów codziennych zajęć kobiet w ówczesnych czasach - zarówno samego gotowania, jak też pyszności znajdujących się w ich spiżarniach. Pamiętacie słynną scenę z "Ani z Zielonego Wzgórza" z winem porzeczkowym w roli głównej? Ania częstuje nim, zamiast sokiem malinowym, swoją przyjaciółkę Dianę. Co to było za wino? Dowiemy się tego z wydanej pod koniec ubiegłego roku książki kucharskiej "Kuchnia z Zielonego Wzgórza" (Wydawnictwo Literackie), która jest tłumaczeniem notatnika kulinarnego pisarki. Wypełniony odręcznie spisanymi przepisami na różne okazje przetrwał w rodzinie, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Wreszcie trafił do rąk córki i wnuczki kuzynki Lucy. One to wpadły na pomysł by przepisy uaktualnić i wydać. Aż dziw, że zrobiły to dopiero teraz! Całość uzupełniły archiwalnymi zdjęciami z życia sławnej ciotki. Dostajemy do rąk książeczkę, która jest zapisem kulinarnej codzienności żony pastora. To na niej spoczywała organizacja zebrań, pikników i uroczystych kolacji dla członków kongregacji, często też przygotowywała poślubny poczęstunek dla młodych par, które brały ślub w domu pastora. W jej kuchni królują smakowite pieczenie, pasztety, sałatki, ciasta, dżemy, herbatniki. Tu nic się nie marnuje, a nadwyżki przerabia się na przetwory.
Bycie dobrą kucharką w tamtych czasach to było coś! Czy (wyjąwszy wiejskie gospodynie) któraś z nas potrafi dziś zarżnąć i wypatroszyć gęś? Ja umiem czyścić i patroszyć ryby i tyle. Rozbierania świni czy cielęcia raczej bym się nie podjęła.
Lucy to umiała, dbała też o trunki wyskokowe - robiła wina ze wszystkiego prócz winogron, bo jak wiadomo winna latorośl kanadyjskiego klimatu nie zniesie. Znajdziemy więc przepisy na wino rodzynkowe, porzeczkowe i mniszkowe.
W niezliczonej liczbie przepisów moją uwagę przykuł

Chleb kukurydziany pani Fisher
Składniki
1 i 1/2 szklanki mąki kukurydzianej
1/2 szklanki cukru
1/2 łyżeczki soli
2 łyżki masła
1/2 szklanki wrzątku
2 roztrzepane żółtka
1/2 szklanki mleka
1 szklanka mąki
4 łyżeczki proszku do pieczenia
2 białka ubite na sztywno

Odmierz pierwsze cztery składniki i przełóż je do miski. Połącz z wrzątkiem. Pozostaw do ostudzenia. Następnie dodaj roztrzepane żółtka oraz mleko. Przesiej przez sitko mąkę oraz proszek do pieczenia i wymieszaj energicznie. Ostrożnie połącz masę z dwoma ubitymi na sztywno białkami. Piecz przez pół godziny w natłuszczonej blasze o wymiarach 20x20x5 cm lub w foremkach do muffinek w temperaturze 190 stopni Celsjusza.

Chleb z mąki kukurydzianej wychodzi nieziemsko ciężki, ale tego smaku kukurydziany nie da się pomylić z niczym.

Książkę wydało Wydawnictwo Literackie

20 stycznia 2008

Przebojowe fondue

Niegdyś żeliwny garnek z podgrzewaczem i kompletem widelczyków był rarytasem w polskich domach. U moich rodziców wieczór z fondue był towarzyskim wydarzeniem. Garnek, zwany caquelon, do tego szwajcarskiego dania dostali w prezencie od przyjaciół z Francji. Najczęściej serwowali fondue serowe i chyba dlatego najbardziej je lubię.
Mój garnek też był upominkiem - zgrabny i ładny, miał w pudełku instrukcję, w której zalecano stosowanie do podgrzewania garnka paliwa w tubce. Przeszukałam wszelkie sklepy gospodarstwa domowego, chemiczne, castoramy i inne obi i nie znalazłam. Byłam tak wymęczona chodzeniem po sklepach, że w ostatnim dałam się omamić zupełnie głupiej ekspedientce, która o fondue miała takie pojęcie, jak ja o budowie elektronicznych urządzeń. Owa pani w odpowiedzi na pytanie o paliwo do fondue (kiedyś było w sklepach tzw. paliwo turystyczne: białe, palne kosteczki) wręczyła mi... podpałkę do grilla. Zaćmiło mnie i kupiłam ją. Małe sprasowane kosteczki, czegoś pomiędzy trocinami, sianem i kartonem, bez problemu zmieściły się w podgrzewaczu. Zapaliłam i nie mogłam dojrzeć przez kłęby dymu ani garnka, ani męża czekającego w pogotowiu z widelczykiem. Zaczęliśmy się dławić, kaszleć, przecierać załzawione oczy. W końcu mąż przebił się do okna i otworzył je na oścież ratując nas przed uduszeniem. Mieszkanie wietrzyliśmy przez długi tydzień.
Jeśli jednak ma się odpowiednie paliwo - może być to spirytus albo denaturat lub wspomniane paliwo turystyczne - nie ma co czekać tylko zapraszać gości i siadać wokół garnka.

Fondue serowe

Składniki
sery różnych rodzajów pokrojone w kostkę: gruyere (500 gramów), ementaler (250gramów)
2 łyżki masła
ząbek czosnku
szklanka białego wina
łyżka mąki ziemniaczanej
sok z cytryny
pieprz
gałka muszkatołowa
niektórzy dodają też kieliszek wiśniówki: kirszu albo jerezu.
bagietka pokrojona w kostkę

Rozgrzewamy caquelon (ja robię to na kuchence na małym ogniu), smarujemy jego wnętrze przekrojonym ząbkiem czosnku, rozpuszczamy masło, dodajemy pół szklanki wina. Podgrzewamy całość na małym ogniu, mieszając przez cały czas. Resztę wina mieszamy z mąką. Też dodajemy, wsypujemy ser i czekamy aż się rozpuści. Ciągle mieszamy, dodajemy soku z cytryny, przyprawiamy do smaku. Można dodać też wspomnianą wiśniówkę.
Garnek stawiamy na podgrzewaczu i zapraszamy do stołu gości. Każdy bierze do ręki swój widelczyk, na który nabija kawałek bagietki i zanurza ją w pysznym serze.
Zamiast bagietki w serze można maczać też pieczone ziemniaczki. Wtedy nie dajemy do sera gałki muszkatołowej, a kminek.

19 stycznia 2008

Książka antykucharska z Gruzji

Wpadła mi w ręce "Książka antykucharska" Heleny Amiradżibi-Stawińskiej. To podróż do słonecznej Gruzji, w czasy stalinowskie, w czasy Związku Radzieckiego. Trudno się wtedy żyło ludziom, oj trudno. Piękne Gruzinki (sporo ich na rodzinnych fotografiach autorki), wyniosłe i dumne potrafiły radzić sobie w tych okrutnych czasach. Z każdą historią, z każdym rozdziałem tej opowieści związany jest przepis na jakieś wspaniałe gruzińskie danie. Znawcy wiedzą, że kuchnia gruzińska nie ma sobie równych, wino tamtejsze zresztą też. Gdyby Gruzja miała lepszy PR, prześcignęłaby w kulinariach Francję.

Dzięki tej książce odkryłam, że orzechy w dziwnej galaretce, nanizane na sznurek i sprzedawane na krymskich plażach, to nic innego jak gruziński przysmak zwany czurczcheł. A tu przepis:

Czurczcheły, czyli gruziński specjał

Składniki:
orzechy włoskie
rodzynki
suszone figi
sok z winogron
trochę mąki do zagęszczenia
sznurek

Cytuję: "Robi się je na wsi podczas winobrania. Wtedy gotuje się kotły z winogronowym sokiem. Sok odparowują i zagęszczają, czasami dodając garstkę mąki do zagęszczenia. W tym czasie kobiety nanizują na kawałki dratwy oczyszczone orzechy włoskie lub rodzynki czy suszone figi. Albo wszystko na przemian. Potem rządek dratewek przywiązują do listwy i zanurzają w gotującym się syropie winogronowym. Wyciągają, dają ścieknąć, podsuszają i znowu zanurzają, tyle razy, aż orzechy pokryją się gumowatą, słodką skórką grubości około dwóch milimetrów. Zawieszają je na poddaszu, żeby nie pleśniały".

No i zupa jogurtowa. Koniecznie musi być :)

Zupa jogurtowa, czyli macwnis szeciamandi

Składniki
cebula
jogurt
woda
2 żółtka
świeża mięta
sok z cytryny
sól
ryż

Pokrajaną cebulę rozgotować w dwóch szklankach wody. Ostudzić i zmieszać z dwoma szklankami jogurtu. Jeżeli jest zbyt gęsty, dolać przegotowanej wody. Szklankę ostudzonej zupy rozbełtać z dwoma surowymi żółtkami, połączyć z resztą i zagotować, cały czas mieszając by jajka się nie zwarzyły. Dodać świeżej mięty, parę kropel cytryny i osolić. Można ją jeść z ryżem

Książkę wydało Wydawnictwo Trio, Warszawa 2007

Znowu jemy w nocy

Postanowiliśmy, że nie będziemy jeść w nocy, ale nie udało się tym razem :) Wszystkiemu winny kurczak wędzony. Nie jadłam tego przysmaku od lat. Zapomniałam, że istnieje. Kojarzy mi się z podróżą pociągiem z rodzicami nad morze. Miarowy stukot pociągu, mama pochyla się na torbą plażową w kratkę i wyciąga udko zawinięte w lekko tłusty papier śniadaniowy. "Bez skóry, ze skórą nie chcę" - kapryszę. Mama obiera udko, a skórę wrzuca do kubełka pod składanym stolikiem. Pękata, metalowa puszka z piętnem PKP jest już pełna podobnych obrzydliwości - ogryzków od jabłek, skorupek po jajkach na twardo, papierków po krówkach.
Dlaczego tak nagle przypomnieliśmy sobie o kurczaku wędzonym? To wina puszki ananasów. Została kupiona w celu dekoracji czegoś tam na święta Bożego Narodzenia. Coś nie powstało, puszka została. Porządkowałam szafkę:- O ananasy - pokazałam puszkę mężowi. -Krojone - zauważył. - Do czego je masz?- dopytał. - Mogą być do sałatki, takiej z kurczakiem. Najlepiej wędzonym, ale go nie mamy. Nawet nie wiem, gdzie go kupić. Na wędzonych rybach może będzie w Carrefourze? - zastanawiałam się.
Mąż jechał na zakupy. Obiecał poszukać. Znalazł. Udka pakowane ciśnieniowo, zaskakująco dobrze uwędzone. Zabraliśmy się za robienie sałatki

SAŁATKA Z WĘDZONEGO KURCZAKA Z ANANASEM
(porcja na 4-6 osób)

Składniki
3 wędzone podudzia z kurczaka
puszka słodkiej kukurydzy
puszka ananasów (można kupić od razu krojone)
garść rodzynek
słoik majonezu (mały lub pół dużego)
łyżeczka musztardy
łyżka śmietany
opcjonalnie: tarty seler, tarty żółty, łagodny ser
sól, pieprz, odrobina octu do smaku

Podudzia obieramy z mięsa, które kroimy na małe kawałki. Dodajemy osączoną kukurydzę i ananasa (osączając ananasa pamiętajmy, żeby nie wylać soku do zlewu, ale go sobie zostawić, bo smaczny). Rodzynki zalewamy wrzątkiem, po 10 minutach też osączamy i dodajemy. Można też sałatkę wzbogacić dodając tarty seler i trochę tartego sera, ale to nie są obowiązkowe składniki. Całość mieszamy i przyprawiamy sosem na bazie majonezu. Do miseczki dajemy majonez, łyżkę śmietany, łyżeczkę musztardy. Przyprawiamy solą i pieprzem. Mąż jeszcze lubi dodać odrobinę octu najzwyklejszego. Mieszamy, wlewamy na sałatkę. Całość wstawiamy na godzinkę do lodówki. Całość można przybrać zieloną natką pietruszki i krążkiem ananasa, jeśli zostanie :)
Tak nam ta sałatka wydobyta ze wspomnień zasmakowała, że nie mogliśmy się oprzeć i znów jedliśmy w nocy. Mniam!


Moja kuchnia


Pisania o gotowaniu nie można zacząć bez przedstawienia miejsca, w którym to się dzieje. To, czyli w zależności od nastroju - mistyczne przygotowywanie dań z sercem, szybkie pichcenie, przygotowywanie czegoś na ząb, przekąszaczy lub błyskawiczne odgrzewanie zasobów lodówkowych.
Moja kuchnia, moje śnieżkowe królestwo, jest malutka - ma może ze cztery metry kwadratowe. Składa się na nią blat do pracy pod samym oknem (mogę zawsze zerknąć, czy nie podąża właśnie jakiś głodny amator moich dań :), kuchenka gazowo-elektryczna bez termoobiegu, ale z okapem, lodówka z dwoma szufladami zamrażarkowymi, szafki z garnkami i innymi akcesoriami, wok na ścianie, miksero-malaksero-full wypas robot, pachnąca szuflada pełna przypraw, słoje na półce pod sufitem zapełnione tym co ładne - kolorowymi fasolkami, fantazyjnymi makaronami, kaszami, płatkami... Szafka z tym co dobre - są w niej pikle, marynaty, suszone grzyby, puszki z warzywami, mąki, kasze i inne niezbędności.
Nie mam niestety zmywarki - marzenie wprawdzie do zrealizowania, ale z braku miejsca pozostaje marzeniem.
Na ścianach kalendarz, aniołki, oko proroka i inne gadżety-prezenciki, których serca nie mam wyrzucić, a w kuchni jakoś zawsze miejsce się dla nich znajdzie.
Małe to moje śnieżkowe królestwo, w dodatku słonecznie żółte, a nie białe :) Kiedyś, ktoś goszcząc w moim domu powiedział: "Masz taką angielską kuchnię". Prawie komplement. -Dlaczego angielską? - zapytałam. - Bo taka mała. Czy w Anglii są małe kuchnie? Chyba nie - mam przed oczami angielskie rezydencje w stylu Brideshead :)
Szkoda, że miejsca na stół już nie ma. Marzy mi się więc wielka kuchnia ze stołem olbrzymim i zmywarką. Taka trochę, jak kuchnia mojej babci w poniemieckiej willi. Na dziecięce oko kuchnia miała 40 metrów kwadratowych, szafę wnękową na garki, pod oknem drugą szafeczkę z wentylacją (protoplastę lodówki :), wielką kuchnię z fajerkami i płytą, opalaną węglem i drewnem, zwykłą kuchenkę gazową i olbrzymi stół, za którym z kuzynami potrafiłam bawić się całe godziny. Lepiliśmy z ciasta solnego zwierzątka i figurki, którymi toczyliśmy bitwy. Babcia zawsze dawała nam coś do skosztowania. A to zupy, a to sosu, a to po pierożku... Mniam. Za tym tęsknię.

Drukuj przepis

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...