30 czerwca 2009

W bułgarskich klimatach

Właśnie kupiłam kolejną książkę kucharską i przeczytałam ją wczoraj od deski do deski - to "Bułgaria na talerzu" Beaty Lipov.
Świetnie napisana i znakomicie sfotografowana wędrówka po kuchni bułgarskiej. Autorka, prywatnie żona Bułgara, zna ją "od garów" i świetnie pisze o lokalnych smakach - rodzajach sera, papryk. Tłumaczy czym są charakterystyczne dla bułgarskiej kuchni katyk, rakija i boza. Przepisy ciekawe, domowe, często z pierwszej ręki, czyli od teściowej autorki. Znajdziemy tu sałatki, w tym najsłynniejszą - sałatkę szopską, przepisy na przyrządzanie papryk - faszerowanych, pieczonych, panierowanych. Są też zupy (czorby) syte i zupełnie inaczej gotowane niż nasze polskie - fasolowa, z soczewicy, z pulpetami.
Dania z owoców morza i ryby z pomidorami. Z mięs smacznie brzmią musaki, szaszłyki i kebab.
Autorka podaje też sposób na zamarynowanie i przygotowanie na zimę liści winorośli, by później zrobić z nich gołąbki.
Są też przepisy, zdradzające wpływy tureckie, na słodkie, bakaliowe ciasta i ciasteczka. Mnie zauroczyła rodopska banica - ciasto z ryżu, które niebawem zrobię.
Beata Lipov opowiada też o zwyczajach, tradycji - tej starej i tej najnowszej, świętach i zabytkach. Jej książkę czyta się znakomicie, pyszna to kuchnia, pachnąca słońcem, papryką, pomidorami i jagnięciną.
Moje pierwsze (i mam nadzieję, że nie ostatnie) spotkanie z Bułgarią zdarzyło się w połowie lat 90. Było gorąco i słonecznie. Zmęczone Rumunią, z brudnego Dżurdżewa (Giurgiu) przeprawiłyśmy się z moją przyjaciółką na piechotę przez potwornie długi Most Przyjaźni na Dunaju. W tłumie przemytników i innych szemranych postaci dotarłyśmy do granicznego miasta Ruse (bułg. Pyce). A tam zaskoczyła nas eksplozja kolorów: na tle zniszczonych domów, z oknami wyklejonymi gazetami i niedokończonych bloków straszących zbrojeniami, prezentowały się olbrzymie stosy dini - arbuzów wysypanych na koce, z wyciętą nożem w skórce ceną za kilogram, całe góry papryk, pomidorów, wężowych ogórków, kabaczków, cukinii i przypominających latające talerze patisonów. I te ceny - kilo pomidorów za 30 groszy (w przeliczeniu z lewów i stoinek).
Byłyśmy zachwycone. Pociągiem dojechałyśmy do Sofii. Dla mnie zawsze będzie mieć słodki smak arbuza i słony sirenek - bułek w kształcie ślimacznic z nadzieniem z sera sirene. Zaczepiali nas obdarci Cyganie, bałyśmy się. W dodatku spotkałyśmy grupę bułgarystów z Jagiellonki, którzy opowiadali o tym, jak zostali napadnięci. Za dużo nie zwiedziłyśmy, szybko ewakuowałyśmy się na południe. Na wsi było bezpiecznie, sielsko, przyjaźnie. Ludzie częstowali nas gęstą, parzoną w tygielkach kawą, smakowałyśmy pieczoną na blasze czuszkę, dostawałyśmy gomółki ostrego sera na drogę. Przemiła staruszka goniła nas na osiołku, na drewnianym siodle z deszczułek, by zapytać skąd jesteśmy. Osioł w galopie - to robi wrażenie.
Śmiechu było sporo, gdy okazało się, że Agneszka, po bułgarsku znaczy jagnięcina.
Wsiadłyśmy do pociągu do Kułaty, stamtąd miałyśmy przeprawić się piechotą do Grecji. W korytarzach wagonów, przez całą długość pociągu, tańczyli ludzie, kobiety stały w przedziałach i poiły ich rakiją. To byli weselnicy. My też zostałyśmy zaproszone do udziału w zabawie. A wesele było, jak z filmów Kusturicy. Bułka, panna młoda wyglądała jak pulpecik - rumiana, błyszcząca, uśmiechnięta, w zaawansowanej ciąży, tańczyła, ile sił.
Na drogę do Grecji dostałyśmy kosz wężowych ogórków. Od kolejnej biednej, jak mysz kościelna, ale uśmiechniętej, od ucha do ucha, staruszki.

"Bułgaria na talerzu"
Beata Lipov
Świat Książki, 2009

28 czerwca 2009

Włosko, bosko



Jedna z zabawniejszych książek o jedzeniu zaczyna się w ten sposób:

"Wysyp na stół mąkę. Na stary dębowy stół, będący dziedzictwem Nonny Calizno, którego blat przez lata codziennego użytku stał się gładki i lśniący. Nie za wiele. Nie za mało. W sam raz. Doskonałą mąkę, zmieloną przez Papę Grazzi w Mascali, z ziaren makaronowej pszenicy. Posyp sporą ilością soli morskiej. Proporcjonalnie do ilości mąki, dodaj świeże jaja oraz kilka dodatkowych żółtek. Dolej niewielką ilość dobrej oliwy z oliwek i odrobinę zimnej wody. Palcami połącz płyny z mąką i wyrabiaj składniki tak długo, aż uformuje się gładkie ciasto. Jaja mogą wydawać się nieprzyjemne w dotyku, lecz nie ma w tym nic dziwnego. Wyrabiaj ciasto starannie, wewnętrzną stroną dłoni, ruchami w przód i w tył.
Ugniataj ciasto tak długo, aż ból ogarnie twe ręce, a małe krople potu zaczną podążać śladem twego kręgosłupa, spomiędzy łopatek do miejsca, gdzie swój początek biorą pośladki. Tak dzieje się oczywiście w zimie. Latem pot zalewa ci twarz i spływa po szyi, zwilżając ubranie i pozostawiając kropelki na stole oraz kamiennej posadzce.
Kiedy ciasto jest gładkie i elastyczne, posmaruj je oliwą, przykryj wilgotną ściereczką i pozwól mu odpocząć, ponieważ ono także doświadcza zmęczenia. W oczekiwaniu na nie, możesz zająć się wertowaniem stron magazynu, przeglądając najnowsze trendy mody lub obserwować przez okno, jak na dole, na rogu ulicy, Maria flirtuje z listonoszem. Możesz popatrzeć na Fredro, jadącego na swym rowerze, czy też na sforę bezpańskich psów, uciekających przed rakarzem i w ogóle na życie, które ci ucieka.
Potem przychodzi pora na wałkowanie. Oprósz delikatnie stół mąką i podziel ciasto na osiem równych kawałków. Weź jeden z nich i wałkiem, ruchami od siebie, naciskając równomiernie, rozwałkuj masę, nadając jej kształt prostokąta. Czyń tak do chwili, aż ciasto makaronowe zrobi się długie i cienkie, na grubość noża. Noża, który podciął gardło Bartolomeo. Przebijając się przez jego piękne młode ciało jak coltello przez słoninę.
Przekrój placek poziomo i powieś na drągu, pozostawiając do przeschnięcia na około pięć minut. Powtórz to samo z pozostałymi kawałkami, aż uzyskasz szesnaście placków. Ostrożnie, krój ciasto wzdłuż, formując jak najcieńsze paski. Odstaw je ponownie na drąg, by przeschły przez kolejne pięć minut. I oto masz spaghetti, które z sosem z dojrzałych pomidorów, bazylii, lśniących bakłażanów i ricottą, podajesz na obiad, kiedy urzędnicy, akrobaci oraz rzeźnicy wracają do domu w porze sjesty, a niespokojne miasto na kilka krótkich godzin, pogrąża się we śnie."
(La cucina, Lily Prior, Wydawnictwo Dolnośląskie)


Uff. Nie zamierzam wyrabiać ciasta na makaron. Kupiłam gotową pastę, a dokładniej conchiglie na sałatkę makaronową. Szybko się ją robi, a efekt przedni.

Insalata di peperoni arrostiti,
czyli sałatka z papryką pieczoną


Składniki:
1 czerwona papryka
1 pomarańczowa papryka
1 żółta papryka
ok 300 g makaronu conchiglie (muszelek)
5 łyżek dobrej oliwy
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżki pesto
ząbek czosnku
świeża bazylia
sól, pieprz
Najwięcej zachodu jest z grillowaniem papryki. Trzeba doprowadzić je do takiego stanu by bez problemu dało się z nich zdjąć skórkę. Grillowane i ostudzone papryki czyścimy z pestek i włókien. Kroimy je na kawałeczki.
Gotujemy makaron, odlewamy. Do jeszcze ciepłego dodajemy sos z oliwy, soku z cytryny, drobno posiekanego czosnku i pesto. Zapach, który poczujemy zniewala!
Do tego dodajemy pokrojoną paprykę wraz z trzema łyżkami siekanej bazylii. Przyprawiamy solą i pieprzem. Gotowe. Tej sałatki nie należy schładzać. Najlepiej smakuje podawana w temperaturze pokojowej.

26 czerwca 2009

Żegnajcie truskawki

Padało przez kilka dni, siąpiło, mżyło. Były też burze, deszcz bębnił o parapety, szumiał i szemrał. Tak chyba musiało być w Macondo.
"Deszcz padał cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni. Były okresy mżawki, kiedy wszyscy przebierali się uroczyście i zachowywali, jak po ozdrowieniu z choroby, żeby uczcić koniec pory deszczowej, wkrótce jednak przyzwyczaili się interpretować te pauzy jako zapowiedzi wzmożonej ulewy. Niebo rozdzierały niszczycielskie burze, a z północy przychodziły huragany, zrywały dachy domów, rozwalały ściany i wyrywały z korzeniami z ziemi ostatnie sadzonki na plantacjach. (...) To deszcz niszczył i psuł wszystko, między trybami maszyn najbardziej jałowych wyrastały kwiatki, jeśli się ich nie oliwiło co trzy dni, rdzewiały nitki brokatów, a na zamoczonej do prania bieliźnie kiełkowały wodorosty. Atmosfera tak tchnęła wilgocią, że ryby mogłyby wpływać drzwiami i wypływać przez okna w napowietrznej żegludze po pokojach". (Gabriel Garcia Marquez "Sto lat samotności")

U nas nie jest jeszcze tak dramatycznie. Z wilgoci puchną drewniane drzwi i nie mieszczą się w ościeżnicach, kobietom z podatnymi włosami wyrasta afro na głowach, kaktusy w doniczkach łzawią, a w wioskach w okolicy "występują podtopienia". Strażacy zapewniają, że to nie powódź. Narzekają plantatorzy truskawek. Ceny owoców skoczyły do góry, bo ponoć od tej wilgoci truskawki pleśnieją na krzaczkach. Znak, że czas pożegnać się z nimi:


Truskawki z balsamico
Składniki:
2 pomarańcze
300g truskawek
cukier do posypania
ocet balsamiczny (gęsty)
pieprz ziarnisty
likier Grand Marnier (lub inny alkohol w białym kolorze)
Z pomarańczy wyciskamy sok. Odparowujemy na małym ogniu, aby została połowa. Dodajemy trochę likieru. Kroimy na ćwiartki truskawki, cukrzymy. Wlewamy sos pomarańczowy na talerz lub do pucharka, dodajemy truskawki. Owoce polewamy zygzakiem octu balsamicznego, posypujemy odrobiną grubo pokruszonego pieprzu.

Smak truskawek balsamico? Orzeźwiający, interesujący, intrygujący, inny od mdłych (ale też smacznych) truskawek ze śmietaną.

25 czerwca 2009

Mały i pierwszy konkurs


Nieśmiało proponuję pierwszy konkurs książkowy - małe candy - wzorem innych doświadczonych blogerek.


Do wygrania egzemplarz„Wzgórz Toskanii” Ferenca Mate (Prószyński i S-ka). Na polepszenie nastroju pyszna opowieść o szukaniu swojego miejsca na ziemi i o smakowaniu kuchni i życia.


Czekam na wpisy w komentarzach do 3 lipca do północy. Losuję z wpisanych nicków i wygraną książkę wysyłam szczęśliwemu zwycięzcy. Powierzonych danych osobowych zwyciezcy nie zamierzam nigdzie, nikomu i nigdy przekazywać. Wyślę książkę, karteczkę z danymi zjem i zapomnę:) Losowanie w sobotę 4 lipca.


Zapraszam

23 czerwca 2009

Sałatka dla Ezawa


Soczewica wydawała mi się kiedyś daniem (bo nie warzywem) niezwykle egzotycznym i prawie boskim, bo przecież jadły ją biblijne postaci. W pamięć wryła mi się historia Ezawa, który sprzedał pierworództwo bratu Jakubowi właśnie za miskę czerwonej soczewicy. W dzieciństwie zastanawiałam się nad jej niebiańskim smakiem.
Po latach, gdy wraz z modą na wegetarianizm, dotarła do Polski, rozczarowała mnie. Dopiero z czasem stałam się jej smakoszką. Brązowa i czerwona należy do moich ulubionych warzyw bobowatych.
Lubię też cieciorkę. Postanowiłam więc oba warzywa połączyć w jednej sałatce, inspirowanej trochę kuchnią indyjską, a trochę zawartością mojej lodówki.
A tak to było z Ezawem:
"Gdy pewnego razu Jakub gotował jakąś potrawę, nadszedł z pola Ezaw bardzo znużony i rzekł do Jakuba: "Daj mi choć trochę tej czerwonej potrawy, jestem bowiem znużony". Dlatego nazwano go Edom. Jakub odpowiedział: "Odstąp mi najprzód twój przywilej pierworodztwa!" Rzekł Ezaw: "Skoro niemal umieram [z głodu], cóż mi po pierworodztwie?" Na to Jakub: "Zaraz mi przysięgnij!" Ezaw mu przysiągł i tak odstąpił swe pierworodztwo Jakubowi. Wtedy Jakub podał Ezawowi chleb i gotowaną soczewicę. Ezaw najadł się i napił, a potem wstał i oddalił się. Tak to Ezaw zlekceważył przywilej pierworodztwa" (Rdz 25,29-34)

Sałatka dla Ezawa
Składniki:
szklanka suchej soczewicy,
szklanka ciecierzycy
1 duża papryka zielona
1 duży pomidor
1 duża cebula
sól
pieprz
1 łyżeczka curry
oliwa
Ciecierzycę i soczewicę zalewamy wodą. Odstawiamy na noc. Gotujemy w osobnych garnkach do miękkości. Nie możemy ugotować ich razem, bo cieciorka gotuje się dłużej, więc rozgotowałaby się nam soczewica. Odsączamy.Paprykę i cebulę kroimy w paski, podsmażamy do miękkości na oliwie. Razem z oliwą dodajemy do soczewicy i ciecierzycy. Kroimy pomidora w paski. Wszystko mieszamy wraz z przyprawami. Schładzamy w lodówce.

20 czerwca 2009

Mmmm....

foto komórką
Wypełniły aromatem cały dom...
Z truskawkami.

Muffinki truskawkowe z kwaśną śmietaną
(12 sztuk)
Składniki:
200 g truskawek
120 g masła
120 g cukru
jajko
300 g kwaśnej śmietany
250 g mąki
2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
sól
cukier puder do posypania
Piekarnik nagrzać do 180 stopni Celsjusza. Formę do muffinek wysmarować tłuszczem i oprószyć mąką.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Dodać jajko i śmietanę. W drugiej misce wymieszać suche składniki: mąkę, proszek do pieczenia i sodę. Dodać szczyptę soli. Połączyć obie masy - jajeczno-maślaną i mączną.
Foremki wypełnić do 3/4 wysokości. Na wierzchu położyć truskawki i wcisnąć je lekko w ciasto. Piec ok. 25 minut na złoty kolor. Wyjąć z piekarnika, odstawić na kilka minut. Wyjmować z formy i oprószyć cukrem pudrem.
A ten zapach...

Smacznie, bo niezdrowo

"Gość najpierw dostał w dzbanku kawę i śmietankę w mleczniku. Po kilku łykach poczuł, że jego mięśnie tężeją, a piasek pod powiekami się rozpuszcza. Rozwiązał muszkę, zdjął gors i kołnierzyk, a potem rozpiął trzy guziki koszuli. Na stole pojawiły się potrawy. Najpierw lekko czerstwe bułki i kula masła przystrojona pietruszką. Potem jajecznica rozłożona równomiernie na grubych plastrach przysmażonego boczku. Na niewielkiej salaterce przybyły śledzie marynowane, chrzan ogórki kiszone, a potem wjechały dwa podłużne półmiski, na których zwijały się rolki szynki i piętrzyły kulki wątrobianki z pietruszką. Na drugim z nich również ułożono piramidę z polskich kiełbasek na gorąco i suchych knuckwurstów. Mock był wirtuozem smaku. Metodycznie smarował bułkę masłem, wątrobianką i układał na tym wszystkim plastry szynki. Odgryzał część tej kanapki, po czym napełniał usta jajecznicą, boczkiem i kawałkiem kiełbaski polskiej lub plastrem knackwursta. Kolejny kęs to był śledź z chrzanem i ogórkiem. I tak dalej. Na zmianę. W militarnym porządku, narzuconym przez smakosza pedanta".

W najnowszym Mocku (Marek Krajewski, "Głowa Minotaura", WAB) więcej jest "golonkowego" żarcia , niż zwykle. Czy przyczyną jest dieta autora i tęsknota, za tym jakże niezdrowym i tuczącym jedzeniem?
Więcej breslauerskich, i nie tylko, potraw w książce Grzegorza Sobela i Barbary Jakimowicz-Klein "Kuchnia Wrocławia"
Kiedyś pan Grzegorz opowiadał mi w wywiadzie o wrocławskiej kuchni:
- Starymi przepisami można się wspaniale inspirować - zaskakują kombinacją połączeń składników. Mój tato lubi gotować, moi bracia Maciek i Szymek też gotują. Gotuję i ja. Tradycja rodzinna sprawiła, że wymyśliłem sobie książkę o wrocławskich kulinariach. Postanowiłem spojrzeć na nie przez źródła historyczne.
Najbardziej znane wrocławskie potrawy to popularny w XIX wieku Breslauer Rotkraut, czyli bigos z czerwonej kapusty z mięsem, jabłkami i rodzynkami, a także Schlesische Himmelreich - pieczona szynka z musem owocowym i kluskami, znana na Górnym Śląsku pod nazwą śląskie niebo w gębie. Jednym ze śląskich przysmaków było uwielbiane przez pruskich monarchów ciasto drożdżowe z cynamonową kruszonką zwane Streuselkuchen. Polecam!

Leniwy poranek a la espanola

Moja tortilla (zdjęcie zrobione komórką)
Dzisiejszy poranek postanowiłam przypieczętować hiszpańską (madrycką) tortillą, taką, jaką robi moja znajoma Begona. Zbyt to skomplikowane nie jest, zwłaszcza, że wykorzystałam ziemniaki z wczorajszego obiadu. Oszczędną będę - kryzys przecież mamy :). Najwięcej czasu zabrało mi wyławianie kurzego zarodka z jajka. Brrr. (Zawsze wtedy zastanawiam się, dlaczego obrońcy życia nienarodzonego nie zabierają głosu w sprawie kurzych zarodków - życie to życie, nawet kurze). Begona opracowała własny sposób przewracania tortilli na drugą stronę: patelnię trzeba przykryć dużym, płaskim talerzem, odwrócić, a później jajeczno-ziemniaczany placek zsunąć na nią z powrotem. Lubię tortillę. Najbardziej smakuje mi na zimno.

Tortilla de patatas
Składniki:
3-4 średniej wielkości ziemniaki,
2 duże cebule,
4-5 jajek,
sól i pieprz
Ziemniaki i cebulę obieramy. Ziemniaki kroimy na cienkie plasterki, a cebulę w piórka. Podsmażamy na patelni - ziemniaki muszą zmięknąć, a cebula zeszklić się.
W misce mieszamy jajka z solą i pieprzem. Dodajemy ostudzone ziemniaki i cebulę. Mieszamy delikatnie, by z ziemniaków nie zrobiło się puree :). Wylewamy wszystko na patelnię. Przysmażamy na średnim ogniu, pod przykryciem. Później odwracamy tortillę sposobem Begonii. Podajemy na ciepło lub na zimno. Dzieci lubią z keczupem.


Nie wiem dlaczego, ale to proste, przaśne danie skojarzyło mi się z Kurtem Wallanderem z ystadzkiej policji, bohaterem powieści szwedzkiego pisarza Henninga Mankella. Mój znajomy Adaś D. pożyczył mi dwa tomy i wsiąkłam.
Wallander je byle co, w biegu, w dodatku ma cukrzycę i nie trzyma diety.
"Przystanął przy kawiarni opodal pętli autobusowej. Zamówił kanapkę i kawę. Za późno zorientował się, że ma nie jeść masła.Teraz usiłował zeskrobać je nożem." ("O krok" Henning Mankell, WAB).

Nie ma w tym kryminałach za dużo o jedzeniu, jest za to o Szwecji, pochmurnej, wietrznej, pełnej rozwydrzonych nastolatków, ludzi zniszczonych przez system państwa opiekuńczego. Mankell rujnuje mit dostatniej, przyjaznej obywatelowi Szwecji, który mamy w głowach.
Prawdopodobnie w listopadzie autor przyjedzie do Wrocławia, na Festiwal Kryminału, który przeniósł się z Krakowa do Wrocławia.
Ciekawa jestem Szweda, który pół roku mieszka w Mozambiku, a pół w Szwecji...

Miejsce, w którym nie byłam

Toskania wg. www.fosterTravel.pl

Na razie jeszcze nie dotarłam do Toskanii i choć byliśmy we Włoszech, to nie mieliśmy okazji tam zajrzeć. Włochy to magiczny kraj, który odkrywamy tylko we dwójkę - mój mąż i ja. Zanim poznaliśmy się, zwiedziłam prawie całą Europę, ale nigdy nie ciągnęło mnie do Włoch. Dziwne prawda? Aż kiedyś znalazłam w jakimś czasopiśmie ogrodniczym artykuł o ogrodach na Wyspach Boromejskich (Lago Maggiore) i zapragnęłam tam pojechać.
Nasze pierwsze włoskie ścieżki tam nas zaprowadziły... Włochy to dla nas wyjazdy we dwójkę, takie osobne, bez dzieci, tylko nasze...
Ostatnio chodzi mi po głowie Toskania. Hmm... Tyle już o niej naczytałam się, tyle naoglądałam, że boję się rozczarowania.
Ostatnio wpadła mi w ręce książeczka amerykańskiego Węgra Ferenca Mate "Wzgórza Toskanii". Wcześniej ten sam człowiek - żeglarz, pisarz i globtroter - napisał "Winnicę w Toskanii" - nie czytałam przyznaję. Nie za bardzo lubię książki tego typu, bo bardzo mnie denerwują. Złoszczę się, że to nie ja, że to nie opis moich doświadczeń w szukaniu domu w tym zakątku świata...
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że przeniesienie się gdzieś tam - jest zupełnie nierealne - finansowo i pracowo. Bo co moglibyśmy tam robić? I za co? Pomarzyć jednak zawsze można. Zwłaszcza o tamtejszym jedzeniu. Mmm.
Co pisze Ferenc:
"Usiedliśmy ostrożnie. Nalano nam po kieliszku dobrego spumanti Banfi i podano niezamówioną - pewnie ze względu na głód widoczny w naszych oczach - tacę wspaniale zróżnicowanych, ciepłych owoców morza. Być może zawsze tak dobrze tutaj gotowali, a może nie chcieli zawieść Andrei, w każdym razie podane nam dania były niezwykle świeże, proste, ale równocześnie pełne naturalnych morskich smaków.
Po ciepłym antipasto podano insalata di mare Toscana, chłodną sałatkę z owoców morza, wspaniałą mieszankę małży, omułek, kalmarów, ciepłych kawałków ośmiornicy oraz wielkich krewetek prosto z pancerzyków, (tłumacz napisał, że prosto z muszli - pewnie krewetek nie widział) wszystko gotowane na parze, a następnie polane oliwą i świeżo wyciśniętym sokiem z cytryny. Do tego dodano czarne oliwki, czosnek w plasterkach, pokrojoną w drobną kostkę żółtą i czerwoną paprykę oraz świeżo posiekaną pietruszkę. (...) Przyniesiono nam także wytrawne wino z Elby. (...) Przypatrując się morzu, zamówiliśmy makaron. Razem z Candace zjedliśmy nasze ulubione spaghetti alle vongole, a Giovanna poprosiła o fettuci alla sepia nera, czarny makaron z mątwą, która zaczerniła jej język, zęby i usta.
(...) Następnie podano nam olbrzymie dentice z grilla o zamyślonym obliczu, verdura alla griglia i delikatnie przypieczone oraz polane oliwą małe porcino. W końcu wyszliśmy na rozgrzany słońcem taras, gdzie napiliśmy się espresso i grappy. Mój Boże, życie jest wspaniałe."

"Wzgórza Toskanii" Ferenc Mate
tłum. Zbigniew Kordylewski
Prószyński i S-ka


A tak grają cykady (specjalnie dla Tomka):

Drukuj przepis

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...