30 października 2009

Chleba naszego słonecznikowego


Lubię chleb pieczony w domu. Robię go zawsze na drożdżach, bo jakoś nie mogę zmobilizować się by wyhodować własny zakwas. Pewnie dostałabym trochę zakwasu z piekarni, gdybym poprosiła, ale nie mam odwagi. Bo w końcu piekarz piecze chleb, żeby ktoś go kupił, a nie rozdaje zakwas, by ktoś inny go wyręczył i upiekł bochen sam.
Kupuję więc mąkę razową ekologiczną i wsypuję wszystkie składniki do maszyny. Przysłuchuję się jak warczy i miesza. Potem zapada cisza i odruchowo chodzimy na palcach i szepczemy: "ciasto na chleb rośnie, ciii!!" Radosne pip-piiip oznacza, że wyrosło.
Przekładam to ciasto na blaszki, znów pozwalam mu rosnąć, smaruję jajkiem, posypuję ziarnami i do piekarnika. Porzuciłam nadzieję, że uda mi się upiec równie dobry chleb w maszynie. Wychodzi mi jedynie brioszka i drożdżówka. Chleb albo jest zbyt gliniasty, albo zapada się przed końcem pieczenia do środka. Dlatego wolę tradycyjny piekarnik - chleb zawsze wychodzi.

Chleb razowy ze słonecznikiem

Składniki na dwa małe bochenki:
230 gramów pszennej mąki,
500 gramów mąki razowej żytniej,
2 łyżeczki soli,
1 łyżeczka cukru,
kulka świeżych drożdży wielkości orzecha włoskiego,
25 gramów miękkiego masła,
450 ml ciepłej wody,
łuskany słonecznik
oraz jajko i łyżka mleka (o temperaturze pokojowej)

Drożdże i cukier mieszam w miseczce. Do pojemnika maszyny do pieczenia chleba wlewam wodę, wsypuję mąkę, sól. Dodaję rozpuszczone drożdże, ale tak by nie  miały bezpośredniego kontaktu z solą. Wrzucam masło posiekane na kawałeczki. Włączam program "ciasto" i zabieram się za coś co muszę zrobić lub czytam książkę.
Na sygnał "pip-piiip" wracam do kuchni. Przekładam ciasto do miski i dodaję pestki słonecznika, wyrabiam lekko. Przekładam do posmarowanych tłuszczem i wysypanych mąką blaszek keksowych. Ustawiam w ciepłym miejscu i przykrywam ściereczką. Po półgodzinie rośnięcia włączam piekarnik i nagrzewam do 200 stopni Celsjusza. Gdy ciasto podwoi swoją objętość smaruję roztrzepanym jajkiem, wymieszanym z łyżką mleka. Posypuję słonecznikiem. Piekę ok. 45 minut. Studzę na kratce.
Wychodzi zawsze.

29 października 2009

Gorąca herbata i muffiny gruszkowo-orzechowe

Olbrzymie ciemne chmury zasnuły wczoraj niebo, gdy wracałam do domu. Marzyłam o filiżance gorącej herbaty i czymś słodkim do tego.
Dziecko rwało się do pomocy: "Pieczemy ciasto?" W koszyku leżały brzydkie, nakrapiane gruszki. Nikt jakoś nie miał ochoty jeść ich na surowo: gruba, plamiasta, zielona skóra przypominała bowiem grzbiet ropuchy. "Żabie gruszki" mają jednak świetny smak i nadają się do muffinów.

Muffiny gruszkowo-orzechowe

Składniki:
2-3 gruszki,
250 gramów mąki,
30 gramów orzechów włoskich,
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia,
1/3 łyżeczki sody oczyszczonej,
szczypta soli,
1 jajko,
120 gramów cukru,
80 ml oleju,
200 ml mleka

Formę do muffinek (12 sztuk) smaruję masłem, posypuję mąką. Można też umieścić w niej  papierowe foremki. Włączam piekarnik by nagrzał się do 190 stopni Celsjusza.
Obieram gruszki, kroje na ćwiartki, usuwam gniazda nasienne, kroję na małe kawałki.
W misce mieszam najpierw suche składniki: mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól. Dodaję gruszki i orzechy.
W innym pojemniku mieszam jajko z cukrem, olejem i mlekiem. Przelewam do mącznej masy, starannie mieszam. Przekładam ciasto do foremek, do 3/4 wysokości. Piekę ok. 30 minut. Posypuję jeszcze ciepłe cukrem pudrem.
Zaświecone tea lighty, gorąca, aromatyczna herbata w dzbanku i ten jesienny wieczór staje się miły i nastrojowy.
Zapomniałabym: dziecko nalegało by do ciasta dodać odrobinę czekolady. Skruszyliśmy 4 kostki gorzkiej i wymieszaliśmy z całością.

28 października 2009

Makaron. Pieczona dynia. Radość

Pękate dynie znikają z warzywniaków, dziś ruszymy na poszukiwania, bo w piątek do przedszkola Mały Miłośnik Dyń, Strachów, Nietoperzy i Święta "Hałolin" chce zanieść dyniowy lampion.
Tato będzie wybierać miąższ, wycinać oczy i zębiska. Na razie to ja mam najbliższe spotkania z dynią. Zostawiłam sobie ćwiartkę dyni robiąc kolejną zupę dyniową. W planach miałam ciasto dyniowe z lukrem, pumpkin pie lub inne pyszności, które znaleźć można na blogu Kevina. Jednak okazało się, że szybki obiad jest niebywale potrzebny.

Makaron z pieczoną dynią
Składniki:
ćwiartka dużej dyni,
1 duża czerwona cebula,
300 gramów makaronu wstążki różnokolorowego,
świeży szpinak lub rukola,
kilka pomidorków koktajlowych,
parmezan do posypania,
prażone pestki słonecznika,
oliwa, sól, pieprz

Dynię i cebulę obieram. Pierwszą kroję w kostkę, drugą w piórka. Przekładam do naczynia żaroodpornego, skrapiam oliwą, lekko przyprawiam i wkładam do gorącego piekarnika (190 stopni) na półgodziny.
Gotuję makaron, odcedzam i przekładam do dużej miski lub na talerze. Posypuję zielonymi listkami rukoli lub szpinaku, wykładam upieczoną z cebulą dynię, dodaję pomidorki koktajlowe przekrojone na pół, posypuje pestkami słonecznika i parmezanem.

No a radość jest  najpierw z pięknej dyni, a później z jedzenia.

24 października 2009

Słodki wieczór. Pâte à beignets. Jabłka



Deser, lekka kolacja, czasem podwieczorek. Moja babcia serwowała nam jabłka w cieście, gdy był sezon na papierówki, gdy było zatrzęsienie jesiennych jabłek, gdy przygotowywała do leżakowania zimowe jabłka.
To smak z mojego dzieciństwa - ciepłe, pachnące wanilią, posypane grubym cukrem.
Postanowiłam przypomnieć ten smak i podarować go mojemu dziecku.
Kiedyś, przy okazji tłumaczenia dla pewnej izby rzemieślniczej dowiedziałam się od francuskiego cukiernika, że ciasto, w którym przygotowuje się jabłka to pâte à beignets. Klasyczny sposób na przygotowanie owocowych pyszności. Bo w tym cieście można smażyć nie tylko jabłka, ale też ananasy, gruszki, banany i pigwy.
Pan był pracownikiem Centre d'Études et de Documentation du Sucre (organizacji skupiającej producentów cukru we Francji, zajmujacej się promocją cukru i informacją na jego temat) opowiadał cały czas o sposobach przygotowania różnych desrów, sypał przepisami z rękawa. (Cukrowa strona)


Jabłka w cieście

Składniki:
ok. 1 kilograma jabłek,
125 gramów mąki,
łyżka oliwy,
łyżka cukru,
jajko,
szklanka mleka i wody (pół na pół),
szczypta soli,
kropelka olejku waniliowego,
olej do smażenia,
cukier do posypania

Obieram jabłka ze skórki, obierakiem do warzyw usuwam gniazdo nasienne, kroję jabłka na plastry, nie za grube.
Do miski wsypuję mąkę, dodaję jajko, olej, cukier, sól, olejek waniliowy, mleko z wodą. Całość mieszam tak, by nie było grudek. Ciasto nie może być za gęste, ma delikatnie pokrywać jabłka. Połowę jabłek wrzucam do miski, delikatnie zanurzam je w cieście. Wykładam krążki na rozgrzaną, natłuszczoną patelnię. Smażę z obu stron na złoto. Wyjmuję na bibułę by odsączyć z nadmiaru tłuszczu, przekładam na talerz, posypuję cukrem. Podaję ciepłe.

23 października 2009

Podróżnik w kuchni. Chili con carne


Mam książkę kucharską "Podróżnik w kuchni", którą bardzo lubię, mimo że jest zupełnym niewypałem wydawniczym. Źle przetłumaczone przepisy, nieznajomość składników, pozamieniane zdjęcia pokazują tylko zupełny brak profesjonalizmu wydawnictwa Pascal. Nie pierwsza i pewnie nie ostatnia zepsuta przez nich książka. Na szczęście średnio zorientowany miłośnik gotowania domyśli się z kontekstu o co nie chodziło tłumaczowi, a co napisała autorka.
Wiem, że to nie wina autorki Vicky Smirli, która w Grecji jest jedną z bardziej znanych autorek kulinarnych tekstów w czasopismach i gazetach. Kiedyś pracowała jako stewardessa w Olimpic Airways i wtedy, latając od kraju do kraju, zaczęła interesować się kuchnią. Jej pierwsza książka "Studentka w kuchni" to ponoć bestseller w Grecji.
"Podróżnik w kuchni" to kulinarna podróż przez 12 krajów, z najbardziej charakterystycznymi potrawami, opisami zwyczajów i przyzwyczajeń kulinarnych danych narodów. I przemierzamy stoły Anglii, Francji, Turcji, Meksyku, Japonii, Maroka, Egiptu, a także Szwecji, Indii i Włoch.
Z tej książki pochodzi właśnie przepis na chili con carne. Trochę przeze mnie zmodyfikowany - wołowinę zamieniłam na indyka.


Chili con carne, wydanie drobiowe
Składniki:
500 gramów mięsa z piersi indyka pokrojonego w kostkę,
250 gramów czerwonej fasoli (może być z puszki),
2 cebule,
2 papryki (zielone lub czerwone),
2 ząbki czosnku,
kilka ostrych papryczek,
łyżka koncentratu pomidorowego,
1/2 łyżeczki kuminu,
1 łyżka cukru,
sól, pieprz
świeża kolendra do przybrania
ostry żółty ser do posypania
kwaśna śmietana.

Dzień wcześniej namaczam czerwoną fasolę. Gdy napęcznieje gotuję ją by była półtwarda - do miękkości dojdzie w chili.
Rozgrzewam oliwę na głębokiej patelni, obsmażam mięso pokrojone w większą kostkę. Wyjmuję je, na tym samym tłuszczu smażę cebulę pokrojoną w kostkę i drobno pokrojony czosnek. Dodaję pokrojoną w kostkę paprykę, chili, koncentrat pomidorowy, kumin, cukier. Podlewam wodą, tak by mięso było zanurzone w sosie. Duszę na małym ogniu aż mięso będzie miękkie. Dodaję fasolę, jeszcze trochę duszę. Wykładam porcje na talerz, przybieram zieleniną, posypuję serem i daję kleks śmietany.

Książkę wydało Wydawnictwo Pascal

22 października 2009

Od zupy do czekoladowości



Czekoladowość
to jest właśnie ten stan skupienia, jaki wykazuje klasyczne amerykańskie ciasto czekoladowe zwane brownie.
Czytam sobie właśnie książeczkę, którą mam od roku i jakoś tak poniewierała się między książkami o literaturze i kucharskimi, bo za bardzo nie wiedziałam, gdzie ją wstawić.
Napisał ją fotoreporter Mark Crick, co już jest dużym zaskoczeniem. Kto zna fotoreporterów, ten wie dlaczego. W dodatku autor jest Anglikiem, co kulinarnie też nie nastraja.
"Zupa Franza Kafki" (Prószyński i S-ka) to nie jest zwykła książeczka z przepisami. To coś więcej. Mały przewodnik po historii literatury światowej w 14 przepisach. Każdy rozdział napisany jest w stylu danego pisarza. Zabawne do łez. Tytułowa zupa, zwłaszcza.
W książce znajdują się następujące przepisy:
- Jagnię w sosie koperkowym à la Raymond Chandler
- Jajka z estragonem à la Jane Austen
- Szybka zupa miso à la Franz Kafka
- Wypasione ciacho à la Irvine Welsh
- Tiramisu à la Marcel Proust
- Coq au vin à la Gabriel García Márquez
- Risotto z grzybami à la John Steinbeck
- Luzowane kurczęta z nadzieniem à la markiz de Sade
- Clafoutis Grand-mère à la Virginia Woolf
- Fenkata à la Homer
- Kurczę po wietnamsku à la Graham Greene
- Sola à la Dieppoise à la Jorge Luis Borges
- Grzanki z serem à la Harold Pinter
- Tarta z cebulą à la Geoffrey Chaucer

Zainspirowało mnie Wypasione ciacho à la Irvine Welsh. "Kiedy wparowuję do pokoju z wielkim talerzem czekoladowego zbawienia, wszyscy się szczerzą".
Jednak nie na tyle by zrobić ciasto według tego przepisu, ale żeby powtórzyć tę czekoladowość w moim własnym brownie. Klasyczny przepis, zakropiony lekko na okoliczność jesiennej pogody.


Brownie zakrapiane
Składniki:
150 gramów czekolady (lubię Wedla gorzką, ale ona ma tylko 64 proc. masy kakaowej, jak ktoś woli wersję bardziej czekoladową może kupić Lindta 70, 80 lub więcej procent)
kostka masła (miękka)
3 jajka
kieliszek porto (ok. 1/4 szklanki)
150 gramów mąki
250 gramów cukru
dwie garście grubo siekanych orzechów włoskich

Czekoladę łamię na kostki, rozpuszczam w miseczce ustawionej nad garnuszkiem z gotującą się wodą (bain marie). Miksuję masło aż stanie się puszyste. Dodaję rozpuszczoną, ciepłą czekoladę, jajka, cukier, mąkę, porto. Miksuję, żeby dobrze się połączyło. Na koniec wsypuję orzechy - nie miksuję już, ale mieszam drewnianą łyżką. Przekładam całość na małą blaszkę, wyłożoną papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 190-200 stopni na 20-30 minut.


Wilgotna czekoladowość, zapach porto i orzechy - to połączenie osładza i ociepla jesienne wieczory, bo brownie smakuje najlepiej zaraz po wyjęciu z piekarnika, jeszcze ciepluśkie.

21 października 2009

Pierniczki, pierniczki

A tak. Wcale nie jest na nie za wcześnie. Dzieci wałkowały, wycinały i to efekt ich pracy. Teraz pierniczki czekają w puszkach na herbatniki. Aż zmiękną. W grudniu będziemy je lukrować, ozdabiać i te, które mają zrobiony otworek zapałką zawisną na choince.
Wystarczy otworzyć puszkę by poczuć ten świąteczny zapach...

Pierniki Mikusia i Matusia

Składniki:
300 g miodu (ok. szklanki)
200 g cukru
pół kostki masła
torebka przyprawy do pierników
1 kilogram mąki
2 łyżki kakao w proszku
pół łyżeczki proszku do pieczenia
1 jajko

W rondelku rozpuszczamy miód, cukier i masło. Mieszamy. Dodajemy przyprawę do pierników. Odstawiamy do ostudzenia. Przelewamy wszystko do dużej miski dodajemy mąkę, kakao, proszek do pieczenia, jajko. Mieszamy, przekładamy na posypaną mąką stolnicę. Wyrabiamy, formujemy kulę. Kroimy ją na pół. Jedną z części rozwałkowujemy na grubość ok. pół centymetra. Wykrawamy foremkami pierniczki. Układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Kto lubi może powlepiać w pierniki orzechy lub migdały. My tego nie robimy, bo dzieci nie lubią. Pieczemy 15 minut w rozgrzanym do 200 stopni piekarniku.
Gotowe pierniki przekładamy do puszek. Niech czekają na święta.



11 października 2009

Pora na pory



Danie opisane tutaj, w tej książce. Wydawało się królewskie, bo było istotne dla fabuły, ale okazało się zwykłe. Zwyczajnie przeciętne. Smaczne, ale nie magiczne.


Pory zapiekane

Składniki:
2 duże pory bez zielonych części,
1 cebula,
250 g serka mascarpone,
1/2 szklanki tartego parmezanu,
sól,
pieprz,
gałka muszkatołowa,
1/4 szklanki grappy lub wódki

Pory i cebulę kroimy na talarki. W miseczce mieszamy serek mascarpone, sól, pieprz, wódkę. Dodajemy do warzyw. Mieszamy. Wykładamy całość do naczynia żaroodpornego, posypujemy parmezanem. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego na 200 stopni na pół godziny.


Znacie inne dania opisane w literaturze, pokazane w filmach, które okazały się przeraźliwie przeciętne??

10 października 2009

Dynia, pumpkin, citrouille, calabaza....


Powoli, wielkimi krokami, zbliża się dyniowe święto. Żółto-pomarańczowo-czarne. Nie ma u nas tradycji robienia dyniowych lampionów, nie za dużo mamy też przepisów na dyniowe przysmaki.
Dziś jadąc z Wrocławia w kierunku Poznania zobaczyłam prawdziwe pole dyń, takie jak w Stanach Zjednoczonych. Nie było tam jednak tłumów wybierających dynie.
Dyniową tradycję próbuje stworzyć wrocławski Ogród Botaniczny, jutro rozpocznie się tam Festiwal Dyni.
Swoją dynię kupiłam w warzywniaku, po 1,22 za kilogram. Średniej wielkości dynia ważyła ponad siedem kilo. To moja druga dynia w życiu. Po raz pierwszy dynię kupiliśmy w tamtym roku. Dziecko - przedszkolak chciało mieć lampion. Zadziwił nas i mile zaskoczył zapach dyni, jej jedwabistość, delikatny miąższ.
Wydrążony, zębaty lampion stał sobie przez trzy dni aż zwiądł. Z bólem serca wyrzuciłam go do śmieci i obiecałam, że w przyszłym sezonie będę gotować dyniowo. Wyszukałam masę przepisów, a i tak zrobiłam, tak jak dyktowała mi fantazja i poczucie smaku.

Zupa dyniowa z czosnkiem

Składniki:
pół średniej wielkości pięknej pomarańczowej dyni,
3 ząbki czosnku,
około 1 litra wywaru wołowo-warzywnego,
sól,
pieprz (sporo),
listek laurowy,
oliwa z oliwek,
tarty ser żółty,
śmietana.

Gotuję wywar z warzyw i wołowiny. Odcedzam warzywa i mięso (wykorzystam je być może jako farsz do pierogów z mięsem, na razie spoczywa w zamrażarce). Przekrawam dynię na pół, czyszczę z pestek. Później kroję na mniejsze części, obieram ze skórki i kroję w kostkę. Na dużą patelnię nalewam trochę oliwy z oliwek, wrzucam pokrojoną dynię. Lekko podsmażam, a właściwie duszę. Solę, dodaję pieprz i zmiażdżony czosnek. Całość zalewam wywarem, dodaję liść laurowy. Pozwalam dyni w wywarze pyrkać aż zmięknie. Łyżką cedzakową wyjmuję dynię z wywaru do innego dużego naczynia (garnka), miksuję. Dolewam wywaru, listek wyrzucam, mieszam. Podgrzewam jeszcze raz. Wlewam do miseczek, robię kleks ze śmietany, posypuję tartym żółtym serem.

Tak naprawdę zupę z dyni zawsze robi się podobnie, jej smak zależy bowiem nie od samej dyni, ale od przypraw. Można ją więc zrobić np. z gałką muszkatołową, albo z ostrym chili, można dodać mięsa, można posypać grzankami. Dobra będzie też zupa z ziołami - majerankiem, oregano. Kusi mnie wersja z suszonymi pomidorami i bazylią. Gdzieś czytałam przepis na zupę z dyni z marchewką i cebulą, ale w tym przypadku, moim zdaniem może być to za mdłe.
Wariacji jest mnóstwo. Zapraszam do dyniowej zabawy :).

Na blogu Zacisze wyśnione autorka odsyła do Country Living, gdzie zamieszczone są bardzo fajne propozycje na dekoracje z dyń. Pozwalam sobie zamieścić dwa zdjęcia stamtąd.

9 października 2009

Apfelstrudel moja miłość


Odkąd rozciągnęłam, zawinęłam i upiekłam Apfelstrudel chodzi za mną... wątrobianka. A dokładniej wielka austriacka jeszcze ciepła buła z Leberkaese, którą można kupić w każdym sklepie mięsnym. Do buły dodają moją kochaną Kartoffelsalat, no i jeszcze zjadłabym wiedeńskie paróweczki na gorąco sprzedawane z budek. Pychota z miodową musztardą. Nazywają się bodaj Wienerli.
W domu babci na wzór austriacki jadało się od czasu do czasu sznycle cielęce - cieniuchne i dobrze wysmażone, podawane z cytrynką.
Generalnie kuchnia dawnych Austro-Węgier bardzo jest mi bliska. Apfelstrudel to ciasto, które moja babcia nazywa najłatwiejszym ze wszystkich i na dowód wymachuje cieniutkim ciastem w powietrzu. Do takiej wprawy jeszcze nie doszłam, ale wszystko przede mną.

Apfelstrudel

Składniki:

ciasto:
250 gramów mąki,
1 jajko,
ok. 160 ml wody,
sok z 1/2 cytryny,
szczypta soli

farsz:
1 kg jabłek
2 łyżki rodzynek
2 łyżki prażonych migdałów
20 gramów masła,
bułka tarta,
cukier puder
cynamon

Mąkę mieszam z jajkiem, solą, sokiem z cytryny, podlewam stopniowo wodą zagniatając ciasto. Wyrabiam aż pojawią się pęcherzyki. Rozwałkowuję najpierw na brzegach, a potem biorę ciasto na przedramiona i nad ściereczką położoną na blacie rozciągam ciasto. Czasem robią mi się dziurki, ale rzadko. Rozciągam i rozciągam aż zrobi się cieniutkie.
Układam na blacie, niech odpoczywa ok 10 minut.
Obrane jabłka, pokrojone na cienkie plasterki mieszam z rodzynkami, cynamonem, migdałami. Dodaję trochę soku z cytryny. Do tej wersji Apfelstrudla dołożyłam jeszcze resztkę malin.
Ciasto polewam roztopionym masłem, posypuję bułką tartą. Wykładam na nie jabłka i zwijam dość szczelnie, ale tak by mi się ciasto nie podarło, w rulon. Końce zakręcam - jeśli są za grube obcinam nożyczkami - i podkładam pod ciasto. Całość znów polewam obficie topionym masłem, wkładam do rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza piekarnika na 40 minut.
Jeszcze ciepły Apfelstrudel posypuję cukrem pudrem.

Można pałaszować go na ciepło z gałką lodów waniliowych, można na zimno z bitą śmietaną.
A w tle, gdy zajadam ciepły kawałek Apfelstrudla, niezmiennie od lat, słyszę piękny walc Johana Straussa II "Nad pięknym, modrym Dunajem". I czuję kawę, wspaniałą kawę, której można napić się w wiedeńskich kawiarniach.
Słyszę też śmiech eleganckich starszych pań, które tuż przed sylwestrem kupiły w ulicznej budce po kieliszku szampana i składają sobie życzenia...

Bo herbata rośnie w Chinach



Czeska Chinka Tang Yuling-Ruskova pokazuje we wrocławskim Muzeum Narodowym wspaniałą kolekcję czajniczków do parzenia herbaty. Ma ich ponad tysiąc, wszystkie ze słynącej z produkcji świetnej ceramiki chińskiej miejscowości Yixing położonej w prowincji Jiangsu. Każdy z nich to prawdziwe arcydzieło! Są tam imbryczki w imbrykach, pękate dynie, kwiaty lotosu, koszyki, naczynia w kształcie mnicha, ptaka, łódki, pnia wiśni... Piękne, wiele w szlachetnym kolorze purpurowej kamionki, gładkie, zdobione.
- Herbata rośnie w Chinach - powtarzał zawsze mój tato - ale nie pisze jej się przez ”ch” - dodawał ucząc mnie ortografii.
Odkryto ją w Chinach aż ponad 2000 lat przed naszą erą. Ponoć zawdzięczamy to cesarzowi Shennongowi (i chwała mu za to). Pewnego dnia gotował wodę w ogrodzie, a wiatr strącił mu do niej listki herbaty. Cesarz wypił napar i zachwycił się jego smakiem.
Wystawa pokazuje też kulturę picia herbaty. Receptury jej parzenia zmieniały się przez stulecia. Sposób, jaki nam wydaje się oczywisty i jedyny wcale nie obowiązywał w Chinach. Na samym początku używano tylko suszonych liści. Dodawano je do zupy! Gotowano z warzywami, owocami, solą i imbirem. Potem przyszła moda na cegiełki z liści. Przygotowywano mieloną masę herbacianą, nakładano ją do foremek o różnych kształtach i suszono w piecu. By napić się naparu trzeba było cegiełki zmielić na proszek, do tego był potrzebny specjalny młynek. Proszek wsypywano do gotującej się wody, dodawano skórkę pomarańczową lub cebulę! Popularny był też sposób parzenia ubitego proszku - zalewano go wodą i bełtano za pomocą bambusowego pędzelka, aż pojawiła się piana. Ten sposób wciąż kultywują Japończycy.
Herbaty aromatyzowane np. jaśminem pojawiły się stosunkowo późno, bo w epoce Ming (XIV-XVII wiek) I wreszcie zapamiętałam podział herbat:
zielona, czyli niefermentowana
wulong, czyli półfermentowana
czerwona - całkowicie fermentowana
czarna - dojrzewająca.
Chińczykom prócz herbaty zawdzięczamy też herbaciane utensylia - czarki, filiżanki, czajniczki, a nawet spodki. Porcelanowe, kamionkowe, żeliwne. Właściecielka kolekcji Tang Yuling-Ruskova zbiera czajniczki z purpurowej kamionki, z połowy XX wieku. Dzięki mikroporom ten rodzaj czajniczków zatrzymuje aromat parzonej herbaty, dlatego w jednym nie można parzyć różnych rodzajów herbat. Wystawa ”Czajniki z Yxing” we wrocławskim Muzeum Narodowym trwa do 15 listopada.
Za tydzień - 17 października - organizowany jest dzień otwarty "Wokół chińskiej herbaty". W programie m.in. oprowadzanie po wystawie, ceremonia parzenia herbaty, pokazowa lekcja języka chińskiego, warsztaty kaligrafii, ćwiczenia tai chi, zabawy dla dzieci, kiermasz chińskiego rękodzieła. Będzie można wygrać zestawy prawdziwej chińskiej herbaty. Początek o godz. 13. Wstęp wolny.




Imbryczki, czajniczki w Muzeum Narodowym we Wrocławiu
Zdjęcia pochodzą ze strony Muzeum Narodowego

7 października 2009

Znalazałam bloga

Zajęta, wiecznie zajęta. Ale w tym amoku znalazłam bloga, który ujął mnie prostotą niezdrowych przepisów. Autorem jest niejaki Kevin z Toronto, który gotuje w maleńkiej kuchni. Kanapki, tosty, sałatki to jego dzieła. Spodobał mi się ten blog, bo nie ma tam designarskiego zacięcia, autopromocji i grafomanii. Są za to przepisy na szybkie dania. Ostatnio mam potworną ochotę na coś niezdrowego...
Zobaczcie same.
Kevin's Closet Cooking from Toronto

Drukuj przepis

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...