11 grudnia 2010

Wiecie ile zebraliśmy dla Kubusia?

Z opóźnieniem przeglądałam moją skrzynkę mailową. Znalazłam w niej informację od mamy Kubusia, dla którego blogerzy kulinarni zorganizowali aukcje charytatywne. Dzięki nam wszystkim udało się zebrać blisko 10 tys. zł!!!
Mama Kubusia napisała:



Szanowni Państwo

Z całego serca i w imieniu zarówno swoim, jak i mojego synka Kubusia chciałabym podziękować za akcję " Kulinarni blogerzy dla Kubusia"!!!

Jestem niezmiernie wdzięczna za przekazanie wypieków, przetworów, kolacji , książek i wielu innych smakowitych i niesamowitych "rzeczy" na nasze aukcje, dzięki którym na konto Kubusia w Fundacji wpłynęło blisko 10 tys zł :)

Dziękuję również osobom zaangażowanym bezpośrednio w gromadzenie "darów" na aukcję, za ich czas i poświęcenie.

Bardzo bardzo dziękuję!!


Hanna Synowiec z Kubusiem



Św. Łucja i jej oczy - Lussekatter

Pochodziła z sycylijskich Syrakuz i nawet w swojej ojczyźnie nie doczekała się takiego kultu, jak w ewangelickiej Szwecji. Na cześć św. Łucji dziewczęta ubrane na biało wędrują ze świecami w pochodach, z okazji jej święta wypieka się też specjalne szafranowe bułeczki Lussekatter (oczy św. Łucji). Robiliśmy je z pięcioletnim pomocnikiem po raz pierwszy i wyszły nam wyśmienite i wcale nie suche.


Patronująca bułeczkom Łucja była wczesnochrześcijańską męczennicą, z tych co składają w tajemnicy śluby czystości i gdy przychodzi czas ich zamążpójścia okaleczają się lub dają się torturować i zamęczyć na śmierć. Taki był właśnie przypadek Łucji. Pochodziła z bogatej rzymskiej rodziny, złożyła śluby czystości by ocalić życie chorej matki. Ta wyzdrowiała i chciała córkę wydać za młodego, bogatego patrycjusza. Łucja za nic sobie miała plany matki. Odtrącony przyszły mąż doniósł władzom, że Łucja jest chrześcijanką. Trafiła do więzienia, a stamtąd miała wylądować w jakimś zamtuzie. Uprzedzając wyrok wydłubała sobie szybko oczy. Oszpeconej dziewczyny nikt nie chciał. Wieść niesie, że ścięto ją w roku 304. Mogła mieć 23 lata.
Koszmarna historia ma jednak wczesnochrześcijański happy end - w chwili śmierci Łucja odzyskała oczy.



Formując wężyki z ciasta i ozdabiając je rodzynkami zastanawiałam się dlaczego w ewangelickim kraju, gdzie kult świętych nie istnieje 13 grudnia hucznie świętuje się św. Łucję.
Odpowiedź znalazłam na stronie Ambasady Szwecji. Cytuję:
"Włochów, ilekroć 13 grudnia goszczą w Szwecji, zawsze zdumiewa gorliwość luterańskich Szwedów w czczeniu sycylijskiej świętej Łucji, która w swojej ojczyźnie nie doczekała się takich hołdów. Jednak szwedzką Łucję łączy z włoską tylko imię.
       Łucję obchodzi się na wielu szczeblach. Pierwszy, to szczebel oficjalny. Gazety lokalne ogłaszają specjalny konkurs, publikując zdjęcia wytypowanych do niego dziewcząt (preferuje się długie blond włosy), spośród których czytelnicy mają wybrać jedną. Zwyciężczyni stanie się potem najważniejszą osobą w procesji, jaka przejdzie główną ulicą miasta. Łucja pojawia się także w domach starców i w szpitalach. Ma na sobie białą, długą do kostek koszulę, przepasaną czerwoną wstążką, i aureolę, czyli wianek z borówkowych gałązek, w którym tkwią oprawki na świece lub – z uwagi na niebezpieczeństwo pożaru – żaróweczki. Są z nią druhny (dziewczęta biorące udział w konkursie). Krocząc gęsiego ze złożonymi jak do adoracji dłońmi, śpiewają tradycyjną piosenkę o Łucji. Często towarzyszy im dodatkowa świta, na przykład grupka gwiazdorów, znanych z zupełnie innego kontekstu, ze świąt Bożego Narodzenia. Razem stanowią chór śpiewający pieśni kolędowe.
       Drugi rodzaj świętowania Łucji różni się od pierwszego jedynie mniej oficjalnym charakterem. Odbywa się w szkołach, w klubach lub domach parafialnych, gdzie częstuje się gości kawą i lussekatter, czyli pieczonymi specjalnie na tę okazję pszennymi bułeczkami z szafranem, o pomysłowych kształtach, odziedziczonych po tradycyjnych szwedzkich chlebkach bożonarodzeniowych.
       I w końcu, na szczeblu trzecim, najniższym, świętuje się Łucję w rodzinie. Mamy lub starsze rodzeństwo wstają wcześnie rano, podają kawę z lussekatter, a potem najmłodszy żeński członek rodziny wciela się w Łucję i budzi ojca – jako że jest zazwyczaj jedyną osobą w domu, która jeszcze śpi – piosenką o Łucji.
       Skąd pochodzi to przedziwne święto obchodzone podczas zimowych ciemności? Nie ma nic wspólnego z południowowłoską Łucją. Choć może to zabrzmi dziwnie, czci się w ten sposób zupełnie innego średniowiecznego świętego, a mianowicie Mikołaja. Wraz z dotarciem reformacji do Europy północnej kult świętych został zakazany, ale niektórych z nich dosyć trudno było się wyrzec, zwłaszcza szczodrego patrona dzieci, Mikołaja. Niemcy zastąpili wówczas owego brodatego biskupa dzieciątkiem Jezus, a prezenty rozdawano nie 6 grudnia, tylko w Wigilię.
       W XVII i XVIII wieku dzieciątko Jezus – dziewczynka w białej koszuli, z wiankiem świec na głowie – spełniało tę funkcję w Niemczech, a także wśród pozostających pod niemieckim wpływem środowisk szwedzkich. Zwyczaj ten nie zdołał się jednak przyjąć podczas świąt Bożego Narodzenia i został przesunięty na dzień św. Łucji. Wcześnie tego ranka Szwedzi już w średniowieczu zwykli jadać do siedmiu śniadań pod rząd, zakrapianych alkoholem, przygotowując się w ten sposób do przedwigilijnego postu, który zaczynał obowiązywać wraz ze wschodem słońca 13 grudnia.
       W dworkach zachodniej Szwecji niemieckie dzieciątko Jezus przybrało w wieku XVIII postać kogoś w rodzaju gospodyni tych obfitych biesiad, której nadano bardzo odpowiednie imię świętej, czczonej w tym dniu („Łucja” z łac. lux, światło). Sto lat później zamiast wódki i wieprzowiny pojawiło się bardziej spartańskie pożywienie: kawa i lussekatter. Zwyczaj obchodów Łucji stał się powszechny w całej Szwecji u schyłku XIX wieku, a pierwszy pochód zorganizowano w Sztokholmie w roku 1927. Kręte bywają ścieżki świątecznych tradycji!"
Pochód św. Łucji można zobaczyć w IKEA, a nam, podczas pobytu w Norwegii, spodobały się  żółciutkie Lussekatter. Moja koleżanka miała bardzo piękną książkę z przepisami, tradycjami i zwyczajami bożonarodzeniowymi "Norsk Jul", w której znajduje się przepis na te bułeczki. Podaję w jej tłumaczeniu:


Lussekatter (Oczy św. Łucji)
Składniki:
300 ml mleka
200 g masła
50 g drożdży
2 jajka
pół łyżeczki soli
150 g cukru
2 g szafranu lub kurkumy
750 g mąki
rodzynki
Mleko podgrzać, rozpuścić masło. Drożdże rozpuścić w pół szklanki mleka i dwiema łyżeczkami cukru. Dodać resztę mleka, roztopione i ostudzone masło, roztrzepane jajka i resztę składników. Wyrobić, zostawić do wyrośnięcia. Formować z ciasta wężyki długości ok. 15-20 cm, a z nich literkę S, w każdy ślimaczek wcisnąć rodzynek. Odstawić do wyrośnięcia na 15 min. Posmarować jajkiem z mlekiem. Piec ok. 12 minut w rozgrzanym do 220 stopni piekarniku.
Rosną w cieple Lussekatter
św. Łucja


Książka "Norsk Jul", z której pochodzi przepis

28 listopada 2010

Kartoffelsalat - nie wygląda, lecz smakuje

Typową niemiecką sałatkę ziemniaczaną uwielbiam i choć składniki do jej przygotowania są zawsze u mnie w domu jadam ją rzadko. Może jest za prosta, za skromna, zbyt zwyczajna? Nie wiem. Z reguły wolałam kupować gotową w niemieckich lub skandynawskich supermarketach aż w końcu zawzięłam się, przekopałam internet, przeczytałam górę przepisów i przygotowałam taką, która mi odpowiada. Ze szczypiorkiem i bez boczku. Kartoffelsalat jest świetnym dodatkiem do mięsa, ale jeśli ktoś ma ochotę na ziemniaczaną sałatkę na kolację nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sobie ją zjadł bez pieczeni i mięs z grilla.
To jedno z tych dań, które nie wyglądają, a smakują. Zwłaszcza moje nie wygląda, bo ziemniaki tzw. sałatkowe okazały się okropnie mączne i lekko rozpłynęły się w marynacie, ale i tak ten kwaskowo-cebulowy smak jest rewelacyjny.


Kartoffelsalat
Składniki
5-6 ziemniaków
2 cebule
pół pęczka zielonej cebulki
ok. pół szklanki bulionu z kury
ok. 5 łyżek octu (winnego lub spirytusowego)
sól, pieprz do smaku
Gotujemy bulion, gotujemy ziemniaki w mundurkach. Gdy będą miękkie odlewamy wodę i chwilę je studzimy, ale mają zostać ciepłe. Obieramy ziemniaki z łupin, kroimy na plastry. Kroimy w kostkę cebulę. Do dużej miski wlewamy ciepły bulion, dodajemy ocet. Wkładamy do zalewy cebulę, plastry ziemniaków, posypujemy posiekanym szczypiorkiem, przyprawiamy solą i pieprzem. Mieszamy i czekamy aż ostygnie.
Dla amatorów ostrych smaków proponuję ocet spirytusowy, a tym, którzy wolą łagodniejszą wersję polecam ocet winny.
W innych wersjach do sałatki dodaje się podsmażony, skrojony w kostkę boczek. 


27 listopada 2010

Z tęsknoty za ciepłymi dniami. Faszerowana cukinia

Idzie zima, śnieżek pada. Po raz pierwszy w życiu zdążyłam na czas zmienić opony na zimowe! Zanim okrzepnę i pogodzę się, że do lata jeszcze dużo czasu, zajadamy faszerowaną cukinię. Pachnie orzechami i fetą, przywołuje wakacyjny klimat... Zwykle robiłam cukinię z mielonym mięsem i ryżem, a wydłubaną część warzywa wyrzucałam do śmieci. To błąd, bo można je smacznie wykorzystać.

Cukinia faszerowana... cukinią
4 średnie cukinie
2 kromki chleba tostowego
jajko
garść rozdrobnionych orzechów włoskich
około pół szklanki pokruszonej fety
ząbek czosnku
1 cebula
zielony koperek
sól, pieprz
Cukinie sparzyć we wrzątku - będą miękkie i łatwiej je będzie wydrążyć. Ostudzić, odciąć końcówki, naciąć i wydrążyć. Miąższ drobniutko pokroić. Na patelni, na oliwie podsmażyć skrojoną w kostkę cebulkę i czosnek, dodać miąższ cukinii, doprawić solą i pieprzem. Ostudzić i wymieszać z orzechami, jajkiem, fetą, pokruszonym chlebem, posiekanym koperkiem. Ułożyć w naczyniu żaroodpornym, przykryć folią aluminiową i zapiekać w nagrzanym do 190 stopni piekarniku ok. 30 minut. Pod koniec pieczenia zdjąć folię by farsz się zarumienił.

23 listopada 2010

Ciasteczka. Troszkę polubię Jamiego Olivera :)

Najpierw się pochwalę:

"Tutmanik dotarł wczoraj, a dziś został podgrzany i w towarzystwie oliwy smakowej zjedzony:). Ciekawie wygląda również wersja na słodko, z gruszkami. W ogóle szkoda, że nie mieszkam bliżej bo chętnie złożyłabym zamówienie na pyszny apfelstrudel, pozdrawiam:)!" - napisała zwyciężczyni aukcji na rzecz Kuby, która wylicytowała mój tutmanik.


Naszła mnie chęć na słodkie i zrobiłam ciasteczka według przepisu Jamiego Olivera. Ostatnio w pewniej gazecie, która zmarnowała mi 13 lat życia, można znaleźć dodatek reklamujący najnowszą publikację rzeczonego kucharza. Moja mama odłożyła ją dla mnie. Generalnie dobór przepisów rozczarował mnie ogromnie i tej książki nie kupię, bo potrawki i inne zapiekanki umiem robić bez rad niejakiego Oliviera. Sam szef kuchni nie jest moim idolem - raczej chłystkowaty i moim zdaniem niesympatyczny (zwłaszcza po akcji mordowania koziołka) nie zasługuje na sławę, którą się cieszy. Przypomniał mi jednak przepis z mojego dzieciństwa - ciasteczka z mrożonego ciasta. Zrobiłam wersję z czekoladą - nie kruszoną, ale mieloną.

Cytuję więc (darując sobie uwagi na temat ekologicznych upraw itp.):


Na ok. 15 ciasteczek

125 gramów masła
100 gramów cukru trzcinowego
1 duże jajko
100 gramów mąki
25 gramów płatków owsianych
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli

dodatki smakowe: skórka strata z 1 pomarańczy i 1 cytryny lub po 50 gramów gorzkiej i białej czekolady

Miksuję masło z cukrem, dodaję jajko, proszek do pieczenia, mąkę, płatki owsiane, sól i smakowe dodatki - skórkę cytrusową lub czekoladę. Dobrze wymieszam przekładam ciasto łyżką na folię spożywczą. Formuję wałek o średnicy ok. 7 cm. Wkładam do zamrażarki na 40 minut. Rozgrzewam piekarnik do 190 stopni Celsjusza, na wyłożonej papierem do pieczenia blasze wykładam pokrojone w plastry ciasto. Ciastka pieką się ok 8-10 minut, Studzę je na kratce. Przechowuję w puszce na herbatniki.

Jeśli ktoś lubi Jamiego Olivera niech uargumentuje dlaczego, bo do mnie ten pretensjonalny kucharz ani jego kuchnia nie przemawia. Ot rzemieślnik. Da się go szanować , ale zachwytów nie wzbudza.

19 listopada 2010

Renifery, śnieg i marcepanowe świnki

Śnieg, mróz i właściwie tyle wystarczy by święta były zimowe. Z pewnością nie zabraknie tego w Skandynawii. Wybraliśmy się tam z krótką wizytą do mojej koleżanki. Zwiedzaliśmy Oslo, skosztowaliśmy kilku norweskich przysmaków i kilka przywieźliśmy. Wszystko dzięki naszej wspaniałej i niezastąpionej gospodyni Berci.:)




Po raz pierwszy kosztowaliśmy renifera - wędliny wędzonej na gorąco i świeżego renifera w gulaszu. Smakowite to mięso - delikatne, miękkie, w konsystencji przypominające wątróbkę. Jedliśmy też przepyszną rybną zupę, którą zrobię niebawem, a także brązowy ser. Ten przysmak uwielbiają dzieci (przywieźliśmy kostkę). Brunost to najsłynniejszy norweski ser kozi o brązowej barwie z gotowanej przez dziewięć godzin serwatki o kolorze, zapachu i smaku krówek. Istnieje w dwóch wersjach: tradycyjnej (Geitos) robionej z samego mleka koziego oraz mieszanej (Gudbrandsdalsost), z dodatkiem mleka krowiego i śmietanki. Łopatka do krojenia sera, skandynawski wynalazek z 1925 roku idealnie nadaje się do krojenia tego sera.
Jedliśmy też tilslørte bondepiker, czyli "zakrytą chłopkę" - słodko-kwaskowy deser z jabłek z bitą śmietanką i posypką z prażonej z cukrem i masłem bułki tartej. Pycha.Nie jedliśmy natomiast i nie chcieliśmy dorsza potraktowanego ługiem, czyli lutefisk :). To nie są nasze smaki, a sami Norwegowie przyznają, że do tej ryby dojrzewa się w wieku 50+.
Skandynawska kuchnia naprawdę nie jest zła! Szkoda, że tam słabo ją znamy...


Brązowy ser

Brązowy ser i norweski wynalazek - nóż do sera

Wędzony łosoś - król norweskiej kuchni


W Polsce mamy kostki bulionowe z kury lub z warzyw, a w Norwegii są kostki rybne

Świąteczne przysmaki - skandynawskie pierniczki i marcepanowa świnka na szczęście

Rozwiązanie konkursu




Z olbrzymim opóźnieniem (przepraszam) informuję, że ojciec Emmy Woodhouse nie lubił weselnego tortu. Poprawnej odpowiedzi udzieliły Maggie, maniaczytania, yagumo i Missy.
Nagroda - książka "Włoskie wesele" wędruje do maniiczytania. Zwyciężczynię proszę o kontakt mailowy sniezka.gotuje@gmail.com, bym mogła przesłać nagrodę.

Tutmanik dla Kubusia


Tutmanik z fetą według przepisu z "Bułgarii na talerzu" zapakowany w kartonik został wysłany pocztą do Pani, która wygrała aukcję na rzecz Kubusia. Bardzo dziękuję jej za udział i chęć niesienia pomocy.

Nie miałam za bardzo czasu by wcześniej o tym napisać, ale może ktoś jeszcze przyłączy się do aukcji na rzecz Kubusia. Aukcja z odnośnikami opisana jest dokładnie na blogu Moje wypieki
i przede wszystkim na na blogu Sto kolorów kuchni
A tak wyglądała aukcja tutmanika :)

Do aukcji przyłączyli się też znani szefowie kuchni. Przeczytacie o tym tutaj

31 października 2010

Pumpkin pie. Halloween w kuchni


Czytam sobie ostatnio o Halloween, o pochodzeniu tego święta, zabawach z nim związanych i dziwię się, jak niektórzy ludzie agresywnie na nie  reagują. Poziom komentarzy zamieszczanych pod tekstami o Halloween jest żenujący. Halloween jest świetnym hasłem, cudownym pretekstem do mobilizacji prawdziwych obrońców, wiary, tradycji i chrześcijaństwa. Sami nie obchodzą, ale innym też nie dadzą. Co takiego nieznośnego widzą w tym celtyckim święcie, które już dawno z pierwotną tradycją ma niewiele wspólnego?
Lampiony, dynie, strachy, słodkości, zabawne wierszyki w stylu:
Trick or treat?
Trick or treat?
Give me something good to eat.
Apples, nuts, tangerines.
Happy Happy Halloween.
Trick or treat?
Trick or treat?
Give me something sweet to eat.
Cookies, chocolate, jelly beans.
Happy Happy Halloween.
Trick or treat?
Trick or treat?
Give me something sour to eat.
Lemons, grapefruits, limes so green.
Happy Happy Halloween.
Trick or treat?
Trick or treat?
Give me something good to eat.
Nuts and candy. Lollipops.
Now it's time for us to stop.

Dlaczego niektórzy tak przeciwstawiają się Halloween? To święto nie ma już religijnych konotacji, zamieniło się w karnawał, pretekst do spotkań towarzyskich, zabawy, wykazania się wyobraźnią w dekorowaniu domu, ogrodu, czy stołu... W sumie jest sympatyczno-straszliwe. W Poslce najczęściej w Halloween bawią się dzieci - wczoraj wieczorem wycinaliśmy dyniowe lampiony i piekliśmy pumpkin pie. Moje dziecko miało w przedszkolu halloweenową zabawę. Straszne szaleństwa nie przeszkodzą mu w zadumie nad grobem dziadka i pradziadków 1 listopada...



Skąd wzięło się Halloween? Znalazłam w sieci kilka tekstów o tradycji Halloween. W skrócie:

1. Halloween (All Hallows Eve czyli wigilia Wszystkich Świętych) obchodzi się 31 października.

2. Halloween pochodzi od starożytnych Celtów, którzy mieszkali w Anglii, Walii, Szkocji, Irlandii. Wierzyli, że w tym dniu duchy zmarłych wracają na ziemię i próbują wejść w ciała ludzi. Aby je odstraszyć palono ogniska, ubierano upiorne stroje, maski i hałasowano. Zostawiano również pokarm dla wygłodniałych dusz.

3. Halloween, jakie dziś znamy pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, gdzie trafiło z irlandzkimi emigrantami. Pochodzenie dyniowych lampionów, zwanych "Jack-o-lantern", tłumaczy irlandzka legenda, której bohaterem jest Jack - pijak i włóczęga. Jack przechytrzył samego diabła - namówił go by wszedł na drzewo, a na pniu wyciął krzyż. Diabeł nie mógł więc zejść z drzewa. Kiedy Jack umarł nie trafił ani do piekła (przechytrzył diabła), ani do nieba (miał wiele grzeszków na sumieniu). Dostał więc od diabła płomyk zamknięty w wydrążonej rzepie by oświetlać sobie wędrówkę w zaświatach. Rzepę z czasem zastąpiły dynie.

4. Halloween dziś to wielka zabawa i maskarada, a także komercyjne szaleństwo. W Stanach sprzedawcom halloweenowych różności opłaca się wynająć zamknięty sklep tylko na miesiąc, by sprzedawać maski, kostiumy, dyniowe akcesoria, gadżety... Czy ktoś dziś bierze na poważnie te opowieści o duchach i demonach? Chyba jedynie przeciwnicy Halloween. Paradoksalnie są jedynymi, którzy poważnie i z wiarą podchodzą do tego święta. Ciekawe, czy są tego świadomi?
Pumpkin pie

To typowo amerykańskie ciasto zrobiłam według przepisu Kevina z Toronto (wiem, wiem - Kanadyjczyk), wykorzystałam resztki dyni, które zostały nam po wycięciu lampionów, nie dodałam syropu klonowego i użyłam zwykłych herbatników petit beurre zamiast piernikowych. Przyjęłam, ze cup ma ok. 240 ml, czyli prawie szklankę, a 370 stopni Fahrenheita to ok. 180 stopni Celsjusza.

Składniki

2 szklanki pokruszonych herbatników
1 / 3 szklanki cukru
1 / 4 łyżeczki mielonego imbiru
6 łyżek masła (stopionego)
2 szklanki puree z dyni
2 jajka (rozbełtane)
1 / 2 szklanki śmietany kremówki
1 / 2 szklanki brązowego cukru
1 / 4 szklanki syropu klonowego (lub golden syrup) (ja nie dodałam)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (olejek waniliowy)
1 łyżeczka cynamonu
1 / 2 łyżeczki imbiru
1 / 2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 / 2 łyżeczki mielonych goździków
2 łyżki burbona (opcjonalnie) (też nie dodałam, bo ciasto było przede wszystkim dla dzieci)


Wykonanie:
1. Wymieszać pokruszone herbatniki, cukier, imbir i masło w misce.
2. Wykleić mieszanką dno tortownicy (spód nie będzie przywierać, jeśli tortownicę wyłożymy papierem do pieczenia)
3. Piec w rozgrzanym piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza na złoty kolor, około 8 - 15 minut.
4. Pozostałe składniki wymieszać w misce i wlać na podpieczony spód.5. Piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez ok. 35-45 minut.

Proste i smaczne. Oryginalny przepis znajdziecie tutaj

Tortellini z dynią kaloryczne


Kaloryczne to tortellini z tego powodu, że w sosie serowym. Zanim Bea zamknie swój Festiwal Dyni 2010 dorzucę jeszcze dwa ostatnie przepisy z dynią. W tym roku naprawdę z dynią zaszalałam. Na stole była cztery razy zupa z dyni (w tym wersja, której nie zdążyłam sfotografować i zamieścić na blogu przed zjedzeniem, z bakłażanem i cukinią), gulasz z dyni z kurczakiem i fasolką, rotini z dynią, tortellini z dynią, a także ciasto dyniowe. :)) Nigdy tyle dyniowych przysmaków nie robiłam. Poza tym byłam na dyniowym festiwalu w Ogrodzie Botanicznym. Niech żyje DYNIA! Znalazłam też fascynującą stronę - Serwis Hodowców Dyń Olbrzymich pumpkin.pl


Tortellini z dynią
 Składniki:
ok. 500 gramów gotowych pierożków tortellini z serem (przypominają nasze uszka)
natka pietruszki
cebula
700 gramów dyni
sery: 1/2 szklanki ricotty, 30 gramów pecorino (nie musi być oryginalny)
1/2 szklanki rosołu
sól, pieprz

To bardzo proste danie, a właściwie sposób na dodanie smaku gotowym pierożkom tortellini. Zwykle robię je w tym sosie z pomidorami, ale tym razem dodałam dynię, a zamiast bazylii pietruszkę i wyszło smacznie.
Kroję w kostkę dynię i cebulę, siekam natkę. Na oliwie przysmażam na złoto pokrojoną w kosteczkę cebulę, dodaję dynię pokrojoną w kostkę, rosół, przyprawiam solą i pieprzem. Duszę aż dynia zmięknie.
Gotuje tortellini według przepisu na opakowaniu. Gorące odcedzam i mieszam w misce z serem ricotta. Dodaję dynię, posypuję tartym pecorino (ewentualnie może być parmezan) i natką pietruszki. Delikatnie wymieszam, podaję gorące na stół.

24 października 2010

Zupa dyniowa na serze (topionym)





Zupa dyniowa to najłatwiejsza i najbardziej wdzięczna ze wszystkich zup. Zawsze się udaje i zawsze smakuje inaczej. Tym razem zrezygnowałam z czosnkowej wersji na rzecz serowo-majernakowej.


Dyniówka serowa

 Składniki

ok. pół kilograma dyni
kostka lub dwie serka topionego bez przypraw
cebula
dwa ząbki czosnku
ziemniak
wywar z warzyw (marchew, pietruszka, por, seler)
majeranek
łyżka oliwy
1/4 szklanki mleka

Najpierw gotuję warzywny wywar, do którego pod koniec gotowania dodaję ziemniaka. Kiedy zmięknie wyjmuję marchew, pietruchę, seler i pora. Do wywaru wrzucam dynię pokrojoną w kostkę. Gotuję aż zmięknie. Na patelni podsmażam cebulę z czosnkiem. W garnuszku z odrobiną mleka roztapiam serek. Dodaję do zupy - serek, cebulę, czosnek, łyżkę oliwy. Całość miksuję na krem. Przyprawiam solą, pieprzem, majerankiem. Jeszcze chwilę gotuję, by całość przeszła przyprawami. Przed podaniem, do każdego talerza dodaję grzanki czosnkowe.


Potęga warzyw

Są zagraniczne wydawnictwa, które tak źle zaczęły działalność na polskim rynku, że po prostu ich się nie lubi. Do nich m.in. należy Reader's Digest. Rozpoczął agresywnie i nachalnie zarzucając Polaków przetworzoną papką amerykańskich pomysłów. Ich sztandarowy produkt - mała książeczka zawierająca streszczenia (nie przedruki) różnego rodzaju artykułów prasowych, czy książek wołała o pomstę do nieba. Infantylne, płytkie teksty przypominały wypisy dla panien z ubiegłego wieku, a nawet z XIX wieku, przygotowywane z myślą, by nie za bardzo frasować ich małe rozumki. Rzeczą kobiet nie było bowiem myślenie, a prowadzenie domu i rodzenie dzieci.
Oczywiście, jeśli jakaś publikacja nie podoba się, nie trzeba po nią sięgać. Problem z Reader's Digest nie był tak oczywisty. Pierwsze umowy, które zawierali z czytelnikami miały tyle kruczków prawnych, że nie łatwo było się pozbyć niechcianej prenumeraty. Moja ciocia - starszej daty, nie znająca jeszcze nachalnego marketingu,  z tym pisemkiem walczyła około dwóch lat, ale i tak nie uwolniła się od niego zupełnie. Byli bowiem w posiadaniu jej danych osobowych i przez kolejne dwa lata zasypywali ją kluczykami, kartami z kodami, obietnicami wygranych... Serdecznie znienawidziliśmy w rodzinie to wydawnictwo. Obcesowe, nie znające umiaru w reklamie i prezentujące bardzo niski poziom swojego pisemka.
Wiele lat później dostałam w prezencie książkę kucharską wydaną przez R'sD, która trafiła na długie miesiące na półkę. Nie zajrzałam do niej w przekonaniu, że reprezentuje wszystko to, co najgorsze, a co kojarzyłam z owym wydawnictwem.
Któregoś razu szukałam przepisu na okrę. I jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam wspaniałą, pełną informacji żywieniowych i świetnych przepisów książkę "Potęga warzyw". Wydana była w 2005 roku i od tego czasu nie pojawiło się chyba jej wznowienie, a szkoda.
Dość dydaktyczną książkę otwiera wstęp o warzywach, o rolnictwie ekologicznym (także polskim), jest o żywności modyfikowanej genetycznie - informacyjnie, bez wartościowania. Są też praktyczne rady: jak przygotowywać warzywa, by stracić jak najmniej odżywczych składników i witamin, jak je kupować, jak myć. Znajdziemy tu rozdział o tym, co warzywa dostarczają organizmowi - można zagłębić się w tabelę z witaminami i pierwiastkami, albo w tabelę gdzie zestawiono warzywa i pasujące do nich przyprawy.
W końcu docieramy do przepisów. Podzielono je na dania śniadaniowe, koktajle i przekąski, zupy, dania główne z mięs, drobiu, owoców morza i makaronu. Są też przepisy na dania wegetariańskie, na warzywne dodatki (różnego rodzaju sałatki, dipy, przeciery) i pieczywo z warzywami oraz desery.

To nie wszystko - na końcu książki każde warzywo z pięknym zdjęciem ma swoje CV - zebrano tu wiadomości historyczne, informacje o uprawie, o wartościach odżywczych, a także małe synopsis - co z danego warzywa można przygotować i jak.
A na zamknięcie tomu informator, jak mrozić warzywa.

Polubiłam tę książkę, choć wiele tu amerykańskich sposobów na gotowanie np. ciasta nigdy nie są robione na kruchych czy innych spodach, a zawsze na mieszance pokruszonych herbatników z masłem. Nie kręcę nosem, a eksperymentuję, próbuję... To, co mi się spodoba, staram się wprowadzić do mojej kuchni na stałe, w miarę możliwości. Z pewnością znajdzie się w niej gulasz dyniowo-fasolowy z kurczakiem. Przepis pochodzi właśnie z tej książki, którą z przekonaniem polecam i przestrzegam (przede wszystkim siebie) przed uogólnianiem.

23 października 2010

Dynia w gulaszu z fasolką


Dynia jako warzywo nie ma zbyt charakterystycznego smaku. Jest raczej mdła, a od inwencji kucharza zleży, jak w potrawie będzie smakować. Udało mi się (bez fałszywej skromności) zrobić bardzo smaczny gulasz dyniowy z fasolką i kurczakiem. Smak sosu wzbogaconego winem nadaje tej potrawie jeśli nie wytworny, to z pewnością przepyszny smak.


Gulasz dyniowy 
Składniki
ok. 8-10 nóżek z kurczaka
400 gramów białej fasoli (z puszki, lub ugotowanej)
750 gramów dyni
1 łyżka oliwy z oliwek
sól, pieprz
1 cebula
4 ząbki czosnku
szklanka białego wina
2 łyżki przecieru pomidorowego
2 liście laurowe
1/2 łyżeczki suszonego tymianku
Dynię kroję w kostkę (pozbywam się nasion i włókien), siekam grubo cebulę, obieram czosnek i każdy ząbek przekrawam na pół. Rozgrzewam piekarnik do 180 stopni Celsjusza. Na ogniu w dużym, żaroodpornym naczyniu podgrzewam oliwę, wrzucam na nią przyprawione solą i pieprzem nóżki - podsmażam około 6-7 minut. Wyjmuję kurczaka, na ten sam tłuszcz wrzucam cebulę i czosnek, smażę aż zmiękną, dolewam wino, dodaję przecier pomidorowy, liście laurowe, tymianek, sól. Mieszam, z powrotem wkładam do naczynia mięso. Przykrywam i zagotowuję. Naczynie wstawiam na 20 minut do piekarnika. Po tym czasie dodaję dynię i fasolę i piekę jeszcze ok. 30 minut aż dynia zmięknie. Przed podaniem trzeba wyjąć liście laurowe.
Przepis pochodzi z bardzo interesującej książki, o której napiszę niebawem.



15 października 2010

W kuchni Jane Austen

Doczekałam się w końcu przesyłki, w której znalazła się wyczekana przeze mnie książka "W kuchni Jane Austen" (The Jane Austen Cookbook) napisana przez dwie Brytyjki Maggie Black i Deidre Le Faye (angielski oryginał ma nawet taką samą okładkę, jak polska edycja) Wsiąkłam w książkę na cały wieczór, bo fascynuje mnie historia kuchni i literatury. To druga książka Wydawnictwa Literackiego tego typu - pierwszą była "Kuchnia z Zielonego Wzgórza", czyli przepisy Lucy Maud Montgomery. Pisałam o niej jakiś czas temu.
Znajomy profesor polonistyki zwykle mówi, że od śmieci Jane Austen (1817) nie pojawił się w światowej literaturze obyczajowej żaden dobry prozaik. Nie zgadzam się w nim w tej kwestii, ale przyznaję, że umiejętności pisarskie Austen są godne podziwu. Angielskie klasyki stały się słynne, dzięki wspaniałym serialom BBC, jak "Duma i uprzedzenie" (w roli Pana Darcy'ego Colin Firth, to chyba była jedyna rola, w której ten drewniany aktor wypadł świetnie) i ekranizacjom (w roli Elisabeth Bennet Keira Knightley). Dużo dała też wspaniała obsada, bo cudowna "Rozważna i romantyczna" z Emmą Thompson w roli Elinor Dashwood, Kate Winslet jako Marianne Dashwood i Hugh Grantem jako Edwardem Ferrarsem wciąż zachwyca. Równie pięknie zrobiona jest "Emma" z Gwyneth Paltrow w roli Emmy Woodhouse.
Uważni widzowie i czytelnicy zauważą, że wiele scen koncentruje się wokół stołu - albo towarzystwo zasiada do stołu, albo planuje się jadłospis towarzyskiego spotkania, pikniku lub obiadu.
Autorki książki przybliżają kuchnię epoki georgiańskiej. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo, dzięki wynalazkowi, jakim jest elektryczność, zmieniły się nasze zwyczaje kulinarne. Po pierwsze, możemy dłużej siedzieć przy stole i inaczej zupełnie niż za czasów Austen planować posiłki, po drugie, lodówki i zamrażarki pozwalają nam korzystać z wielu świeżych składników praktycznie przez cały rok.
Gospodynie z XVIII wieku nie mogły improwizować, musiały mądrze planować posiłki - zużywać to, co się psuło, korzystać z sezonowych warzyw i owoców. Musiały też posiąść umiejętność wekowania, peklowania, piklowania i smażenia dżemów i konfitur. Bez dobrze zaopatrzonej spiżarni nie udałoby się dotrwać do wiosny. Wyobraźcie sobie, że wtedy coś takiego, jak książka kucharska nie istniało. Panie zapisywały w specjalnych kajecikach przepisy i porady dotyczące prowadzenia domu i zdrowia. Jeśli któraś odziedziczyła po matce lub ciotce taki zeszycik była królową gospodyń!
Autorkom książki udało się dotrzeć do zapisków kuchennych Marthy Lloyd, która mieszkała z panią Austen i jej córkami Cassandrą i Jane, przez wiele lat w Hampshire, dlatego podejrzewają, że wiele z jej przepisów wykorzystywały panny Austen.
 W książce znajdziemy liczne cytaty z powieści, odnośniki do scen znanych z książek. Autorki opisują zasady życia towarzyskiego tamtej epoki i związanych z nim zwyczajów. Proszony obiad wyglądał w Anglii tamtej epoki zupełnie inaczej niż teraz. Podział na pierwsze i drugie danie był raczej umowny - oznaczał po prostu zastawienie stołu. Gdy pierwsze półmiski zostały opróżnione, ustawiano następne. I tak pierwszym daniem mogły być np. ryba, sos ostrygowy, szpinak; ptactwo, zupa, bekon; pieczona lub gotowana wołowina, jarzyny.
Pan domu nadzorował m.in. nalewanie zupy i krojenie mięsiwa. Na dwu krańcach stołu serwowano zupełnie różne dania. Goście nie jedli jednak wszystkiego, tylko raczej to, co znajdowało się w ich zasięgu. I tak w skład pierwszego dania mógł wchodzić serwowany przy jednym krańcu stołu łosoś z sosem z kopru włoskiego i marynatą cytrynową i sosem sojowym, a na drugim pieczony udziec cielęcy z groszkiem.
Zdziwiło mnie, że mimo iż od odkrycia Ameryki w czasach Jane Austen minęło ponad 300 lat to ziemniaki i pomidory były wciąż rzadkimi warzywami. Traktowano je jako ciekawostkę kulinarną, rarytas. Rolę zapychaczy obiadowych pełniły owsiane lub chlebowe puddingi. W książce znajdziecie rymowany przepis Marthy Lloyd na taki właśnie pudding.
Są tu dania wyszukane i całkiem proste, jak np. jaja sadzone, czy łosoś pieczony. Są też zupełnie zadziwiające, jak skromna zupa szwajcarska, która skromność ma tylko w nazwie :). Nie wybrałam jeszcze żadnej potrawy do spróbowania. Może wcześniej obejrzę, któryś z filmów i coś mnie zainspiruje :)
Jedynym mankamentem tej książki jest brak zdjęć potraw.
Wydawnictwo Literackie w związku z tym ogłosiło konkurs dla miłośników literatury, kuchni i fotografii. Szczegóły znajdziecie tutaj . Do wygrania "Książki kucharskie Jane Austen". Termin nadsyłania prac mija 25 października, z wybranych powstanie kalendarz kulinarny Jane Austen.
A do miłośników twórczości Jane Austen mam pytanie: Jakiego przysmaku weselnego nie lubi pan Woodhouse, ojciec Emmy?



Osobie, która odpowie prawidłowo na to pytanie prześlę drobny upominek książkowy - jeszcze nie wiem jaki, ale cierpliwości: rozejrzę się i ogłoszę. Czekam na odpowiedzi do końca przyszłego tygodnia, czyli do 24 października do północy. Proszę słać je mailem by odpowiedź pozostała tajemnicą na adres sniezka.gotuje@gmail.com

Już wiem! To będzie ta książka

10 października 2010

Festiwal Dyni 2010 w Ogrodzie Botanicznym


Olbrzymie, malutkie, guzowate, pokręcone, okrąglutkie, karbowane, zielone, nakrapianie, pomarańczowe, żółte, kremowe, białe... Dyń zatrzęsienie, a z nich dyniowe stwory, zwierzątka, postacie... Warto było być w niedzielę na Dolnośląskim Festiwalu Dyni. Były też kramy z różnymi dyniowymi przysmakami i muszę stwierdzić, że moja zupa dyniowa jest zdecydowanie lepsza od tej serwowanej w Ogrodzie Botanicznym.


Dynia rekordzistka. Na wagę przenoszono ją specjalnym podnośnikiem. Ważyła ponad 300 kilogramów!!

Trzygłowy dyniowy smok

Dyńka

Dyniowe skarby

Dynie

Kolejny dyniowy smok

 
Dyniowy ludek
Był też mały ciekawski

9 października 2010

Złota, piękna, pachnąca. Świderki.

W oczekiwaniu na Festiwal Dyni - ten w Ogrodzie Botanicznym i ten kulinarny, którym zawiaduje Bea, przygotowałam makaron z dynią. Może jednak nie makaron, ale rotini (nie mylić z fusilli - te są dłuższe), a tak naprawdę to nasze swojskie świderki. Włoskie nazewnictwo różnego rodzaju pasty można zastąpić naszymi polskimi nazwami, szczególnie gdy pastę wyprodukowano tuż obok, w Malmie, czy innej Danucie. Choć oczywiście nie mamy aż tylu rodzajów pasty co Włosi, to przyjemnie dla ucha brzmią: gwiazdki, kolanka, muszelki, muszle, rurki, rureczki, świderki...


Świderki z dynią


Składniki
ok. 600 gramów dyni
1 duża cebula
1 duża papryka czerwona
7-8 koktajlowych pomidorków lub jeden pomidor pokrojony w kostkę
170 gramów liści szpinaku
5 ząbków czosnku
250 gramów świderków
2 łyżki oliwy
ćwierć szklanki siekanej bazylii
sól, pieprz
ok 2-3 szklanek wywaru z kurczaka (opcjonalnie)

Najpierw pokroiłam paprykę w kostkę, cebulę w paski, dynię w kosteczkę, przez praskę przepuściłam czosnek. Wrzuciłam do dużego rondla, na rozgrzaną oliwę paprykę i cebulę. Podsmażyłam, aż zmiękły. Dodałam połowę czosnku i dynię, posoliłam, wsypałam bazylię. Smażyłam chwilę pod przykryciem, zmieszałam, odkryłam i dalej smażyłam czekając aż dynia zmięknie. Przełożyłam wszytko do dużej miski, dodałam pokrojone pomidory. W tym samym rondlu na oliwie przesmażyłam szpinak z czosnkiem i solą. Gdy zrobił się miękki też przełożyłam go do miski z warzywami.
W międzyczasie ugotowałam świderki (można gotować je w wywarze rosołowym). Odsączyłam, dodałam do warzyw, wymieszałam i gotowe.

Dynie nadchodzą...

... zupełnie, jak kosmici. Dlaczego? Dowiecie się jutro, bo wybieramy się:

7 października 2010

Bułeczki ze śliwkami, czyli dlaczego warto być skoncentrowanym


Zagapiłam się trochę, a może zagadałam przez telefon i bułeczki wyszły trochę za bardzo brązowe. Koncentracja przy gotowaniu potrzebna jest nawet wtedy, gdy teoretycznie wszystko gotowe.
A może buszowałam po internecie. Kiedy zimno, chmurno i deszczowo najlepiej zrobić sobie kubek gorącej herbaty zawinąć się w koc, ułożyć sobie na kolanach laptopa na podstawce i można buszować zajadając się ciepłymi jeszcze bułeczkami. I nic to, że podobno ciepłe ciasto drożdżowe szkodzi. Nigdy mi nie zaszkodziło, a od lat zajadam się właśnie takim świeżym, prosto z blachy. Dziecku nie pozwalam. Czy działa na mnie siła tradycji, a może przyzwyczajenie? A może powtarzając słowa babci "nie wolno ciepłego drożdżowego, bo skręt kiszek gotowy" przywołuję słodkie chwile dzieciństwa? Kto dziś zna taką jednostkę chorobową?


Bułeczki ze śliwkami
Składniki na ok. 15 bułeczek
15 śliwek
pół kilograma mąki
torebka cukru wanilinowego
szklanka mleka
30 gramów drożdży
3 łyżki cukru
1 jajko
6 łyżek masła
szczypta soli

Kruszonka
pół szklanki mąki
pół szklanki cukru
pół kostki masła
cynamon

Drożdże rozkruszam w miseczce i ucieram z łyżeczką cukru, dodaję 3-4 łyżki mąki, trochę letniego mleka, tyle, by uzyskać zaczyn o konsystencji gęstej śmietany. Zostawiam do wyrośnięcia. Pozostałą mąkę mieszam z resztą cukru, cukrem waniliowym i szczyptą soli. Dodaję jajko (nie może być zimne prosto z lodówki) i zaczyn. Wyrabiam i stopniowo dodaję rozpuszczone, ale nie gorące masło. Ciasto zostawiam, by wyrosło i podwoiło swoją objętość. 
Pozbawione pestek śliwki zawijam w ciasto, zlepiam i znów pozwalam im rosnąć. Z masła, cukru, odrobiny cynamonu i mąki robię kruszonkę. Wyrośnięte bułeczki smaruję roztrzepanym jajkiem i posypuję kruszonką. Układam na blasze i wkładam do nagrzanego do 180 stopni piekarnika. Piekę ok 30-35 minut, jeśli oczywiście nie chcę zbyt brązowych bułeczek. :)

19 września 2010

Zabawa w lubienie

Dziękuję Majeczce z Kulinarnych Inspiracji za zaproszenie do zabawy. Trzeba wymienić 10 rzeczy, które się lubi. Jak się okazuje nie jest to wcale takie łatwe. To co lubię to:

1. Gotować dla najbliższych, najchętniej bałkańskie potrawy z pogranicza Grecji, Bułgarii, Rumunii... Lubię połączenia mięsa z cynamonem i ziołami, smakują mi bakłażany i bardzo słodkie desery o tureckich korzeniach.


2. Wino, najchętniej, takie, które samemu się odkryje. Jak np. pyszne ukraińskie wina z krymskiej Massandry, czy Koktebla albo katalońskie z Baixas, czy St. Antoine, czy Banyuls.



3. Wspólnie siedzieć przy stole, jeść smaczne rzeczy i rozmawiać.

4. Skandynawskie  kryminały. Po Mankellu, Larssonie i innych teraz czytam Camillę Lackberg. Już 22 września w księgarniach pojawi się jej kolejny kryminał:

5. Dynie. Uwielbiam je sadzić (na razie miniaturki), jeść i wycinać z nich lampiony.


6. Podróże.Małe i duże.
7. Morze. Chciałabym mieszkać nad morzem. Najlepiej nad samym brzegiem. (fot.Tomek)


8. Konie. Po prostu konie.
9. Krzesło-mrówka, czyli Ant duńskiego designera Arne Jacobsena. W ogóle nie pasuje mi do wystroju domu, ale prostota i szlachetność tego projektu nieustannie mnie fascynuje.
10. Franciszka i Stefan Themersonowie. Niesamowite małżeństwo awangardowych artystów, razem w życiu, razem w sztuce.

 To tyle. Do zabawy zapraszam:
Annę Marię z http://backwards-in-high-heels.blogspot.com/
Miłośniczkę latarni morskich z http://zacisze-wysnione.blogspot.com/
Beatę z Lawendowego domu... od kuchni
Agnieszkę z Kuchni nad Atlantykiem
Tomka :) z Fotogenicznie



Drukuj przepis

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...