12 lipca 2011

Droga Herbaty - pokaz japońskiej ceremonii herbacianej


"Cia" to po japońsku herbata. Najprawdopodobniej trafiła do Polski przez Rosję. Stąd w naszym języku słowo czajnik, pochodzące rosyjskiego "czaj" - adaptacji japońskiego słowa. 

Ambasada Japonii zorganizowała w ubiegłą niedzielę (10 lipca) we Wrocławiu Dzień Japoński. Prócz wykładów i recitalu fortepianowego w programie znalazła się prezentacja ceremonii herbacianej w wykonaniu członków Stowarzyszenia Drogi Herbaty Urasenke Sunshinkai z Warszawy.
Przy okazji można było się napić intensywnie zielonej i gorzkiej herbaty z prefektury Fukuoka.
- Japońskie serce i dusza dają się poznać najpełniej poprzez drogę herbaty - przekonywała Urszula Sou Mach-Bryson, prezes herbacianego stowarzyszenia Urasenke.
W czasie ceremonii pito herbatę "macia" - sproszkowane trzy pierwsze listki z krzewów herbacianych. Wodę podgrzewano w żeliwnym kociołku na węglach z dodatkiem sandałowego kadzidła. Gospodarz ceremonii, którego atrybutem jest fukusa, jedwabna chusteczka zatknięta za pas obi, przygotował w czarce  pastę herbacianą. Roztarł w wodzie proszek herbaciany za pomocą bambusowego pędzelka. Takiej herbaty nie znamy w Polsce, bo pijemy napar z liści herbacianych, a nie proszek.  Ten napój przypominał trochę hennę, używaną do farbowania włosów, miał jednak zielony, a nie brązowy kolor.
Sposób podawania herbaty w Japonii wywodzi się z tradycji buddyjskich klasztorów i ma wiele powiązań z Zen. - Picie herbaty nie jest rozrywką, ale bogatym duchowo spotkaniem w duchu "łabi", czyli poszanowaniu naturalnego piękna i prostoty - wyjaśniała istotę Drogi Herbaty Urszula Sou Mach-Bryson. - Droga herbaty "sa-do" jest drogą sztuki.
Dużą rolę odgrywa w tej sztuce pokój herbaciany i droga do niego. Zroszone wodą (czystość) kamienie, oznaczają, że gospodarze oczekują gości. Maksymalnie może być ich pięciu. Przed wejściem do pawilonu herbacianego zdejmują buty, za czasów samurajów zostawiali też na zewnątrz miecze, przemywają ręce i usta i wchodzą przez malutkie wejście mierzące 70x70 cm do środka. Tam siadają na matach i biorą udział w ściśle skodyfikowanym spotkaniu, gdzie każdy ruch ma znaczenie. Układanie ikebany, fukusa gospodarza, odpowiednie ułożenie węgli w palenisku, podawanie gościom czarki z herbatą w wyznaczonej kolejności, pokazywanie puzderka na herbatę i naczyń, w której się ją podało, symboliczne oczyszczanie naczyń piórkiem. Wszystko to służy pielęgnowaniu czterech wartości w Drodze Herbaty: "wa" - harmonii, "kei" - szacunku, "sei" - czystości, "jaku" - wewnętrznego spokoju. Spotkanie herbaciane odbywa się w ciszy.
Oryginalna ceremonia trwa około czterech godzin. Goście są najpierw zapraszani na posiłek z sake, wychodzą potem do ogrodu na krótką przerwę i dopiero przenoszą się do miejsca, gdzie będzie przygotowywana i podawana herbata. Pożegnanie z gospodarzem też ma wymiar symboliczny - goście wychodzą zostawiając uchylone drzwi i wygłaszając tradycyjną formułkę, by gospodarz za nimi nie wyglądał. On oczywiście wygląda, goście się oglądają, wszyscy się sobie kłaniają, a gospodarz znów wchodzi do pawilonu herbacianego. Nie sprząta jednak po gościach, ale przygotowuje sobie czarkę herbaty i zamyśla się nad spotkaniem, które dobiegło końca.
Japończycy nie mają czasu na spędzanie czterech godzin przy herbacie, stąd popularna jest wersja skrócona ceremonii, trwająca około dwóch godzin. Wtedy też przygotowuje się bardziej wodnistą herbatę.

Urszula Sou Mach-Bryson ma w ręce pomarańczową fukusę - oznakę gospodarza herbacianej ceremonii
Proszek herbaciany nakłada się do czarki specjalną łyżeczką
Drewniana chochelka służy do nalewania gorącej wody do czarki
Gospodarz ceremonii rozciera proszek herbaciany w czarce za pomocą bambusowego pędzla
Takie picie herbaty jest nam zupełnie obce kulturowo. Milczenie i cisza w tej ceremonii bardzo mi ciążyły. Herbata jest dla mnie pretekstem by porozmawiać, pielęgnować przyjaźń i więzi rodzinne. Japończycy, mam wrażenie, bardziej abstrakcyjnie i ideowo podchodzą do bycia z innymi ludźmi. Dla nich liczą się ogromnie skodyfikowane zachowania.
Świetnie japońskie skodyfikowanie opisuje belgijska autorka Amelie Nothomb w książce "Z pokorą i uniżeniem". Jej bohaterka odbywa staż w japońskiej firmie, ale japońska mentalność nie pozwala jej na awans, mimo że jest dobrym pracownikiem. Ukryty rasizm, wyolbrzymione poczucie własnej wartości Japończyków,  mizoginizm  powodują, że zostaje zdegradowana do "babci klozetowej" w koncernie. Ta historia jest prawdziwa i przytrafiła się samej Amelie, na szczęście potrafiła zamienić ją w sukces i napisać dobrą książkę.
Po tym spotkaniu wiem na pewno, że Droga Herbaty nie jest moją drogą. Zastanawiam się też nad fenomenem Japonii - z jednej strony kultywują tradycję aż do przesady, z drugiej strony w idiotyczny sposób zachłystują się Ameryką... Chwalą się swoim zrozumieniem natury, a z drugiej strony to u nich zdiagnozowano tzw. karoshi - śmierć z przepracowania. Uważają nas - ludzi zachodu za barbarzyńców, a sami zabijają foki i wieloryby, którym grozi wyginięcie. Można by mnożyć tę wyliczankę, ale po co. Japonia to inna kultura, obca, nie moja i niech tak zostanie.

8 lipca 2011

Чебуреки. Smaki Krymu

Czeburieki to tatarskie pierogi z mięsem przygotowywane na Krymie.
Ostatnio, z powodów rodzinnych, moje myśli wciąż krążą wokół Krymu. Teodozja i Kercz. Stamtąd pochodzi moja rodzina. Przyszedł list i dowiedzieliśmy się więcej niż wiedzieliśmy.

7 lipca 2011

Langosze i kiopołu - początek pięknej przyjaźni


Langosze to węgierskie placki, które można zjeść także na Słowacji. Są sycące, łatwe w przygotowaniu i smaczne. Zwykle podaje się je albo z czosnkiem roztartym z oliwą, albo z żółtym serem, keczupem i przyprawami i traktuje, jak węgierski fast food. A te smaczne placki chyba jednak nie zasługują na wrzucanie ich do jednego worka z big macami, wrapami i innymi knyszami.
Langosz to węgierski podpłomyk, skromny, ale szlachetny. Moim zdaniem zasługuje na lepsze towarzystwo niż żółty ser. Zapoznałam tego Madziara z dziarskim, bałkańskim towarzystwem - pastą z pieczonych bakłażanów i papryk doprawioną ziołami i czosnkiem. Myślę, że się polubili i Langosz stwierdził: "Kiopołu, tak sobie myślę to początek pięknej przyjaźni".  :))


Kiopołu 
2 bakłażany
1 duża czerwona papryka
2-3 ząbki czosnku
duża garść greckiej, drobnolistnej bazylii
sól, pieprz
ocet winny
oliwa
Oryginalny przepis z moich bałkańskich książek kucharskich nie zawiera papryki ani bazylii, ale tak zrobiony kiopołu też smakuje.
Bakłażany i paprykę pieczemy w piekarniku aż skórka papryki zrobi się czarna. Przekładamy do naczynia, przykrywamy i czekamy aż ostygną. Zdejmujemy z warzyw skórkę. W moździerzu rozcieramy czosnek z solą na pastę, dodajemy pieczone bakłażany i dalej rozcieramy. Tę pastę powinno się przygotować ręcznie, ale ja nie mam tak wielkiego moździerza, więc dokończyłam ją moim mikserem. Zmiksowałam z bakłażanami pieczoną paprykę, bazylię, dolałam duży chlust octu i uzupełniałam oliwą, by pasta nabrała puszystości i odpowiedniego smaku. Oliwy i octu dałam na oko.

Langosze

280 g mąki 
2 jajka
3 łyżki jogurtu naturalnego
kulka drożdży wielkości dużego orzecha laskowego
pół łyżeczki soli

Do mąki wkruszyłam drożdże, dodałam jajka, jogurt, sól - całość wymieszałam mikserem. Podsypałam mąką, uformowałam kulę i przełożyłam do naoliwionej miski pokrywając całe ciasto oliwą. Włożyłam na 2 godziny do lodówki. Ciasto rosło sobie tam spokojnie. Kiedy podwoiło swoją objętość podzieliłam je na małe kulki i rozwałkowałam je na placki. Niestety nie umiem zrobić w rękach cienkich placków, jak węgierskie gospodynie. Smażyłam krążki na patelni polanej olejem. 


 Gotowe placki posmarowane kiopołu smakują wyśmienicie.

Przypominam o konkursie - do wygrania fajna książka. Więcej szczegółów na moim facebooku.





3 lipca 2011

Na pożegnanie truskawek


Pada, więc późnych, lipcowych truskawek póki co nie będzie. Z utęsknieniem czekam zwykle na sezon truskawkowy i jest mi smutno, gdy się kończy. Nie robię żadnych deserów z truskawek tylko zjadam je bez żadnych dodatków. Takie najbardziej lubię, jednak ostatnio skusiłam się na ciasto jogurtowe z truskawkami. Przepis na ciasto jogurtowe niskokaloryczne (sic!), zapisany lata temu na jakimś karteluszku, wypadł mi z zeszytu z przepisami, gdy porządkowałam półki z kucharskimi książkami. Przepis pochodzi z jakiegoś programu telewizyjnego, enigmatyczny zapisek "z telewizji" niczego nie wyjaśnia. Pamiętam jednak, że prowadzący/ -a program podkreślała niskokaloryczność tego ciasta z powodu dodania do niego jogurtu i oliwy. Pamiętam, że pierwotnie wychodziło z tego gumowe i takie sobie ciasto. Kiedy jednak podniosłam jego kaloryczność dodając jedno jajko więcej i oliwę zastępując roztopionym masłem zyskało znacznie na walorach smakowych. Zamiast truskawek można dodać jabłka i orzechy (tak było w "niskokalorycznym" oryginale), nektaryny, morele, wiśnie, kiwi...


Ciasto z truskawkami z telewizji
350 gramów mąki
180 gramów cukru
2-3 jajka
mały jogurt naturalny (200 gramów)
2 łyżeczki proszku do pieczenie
łyżeczka cukru wanilinowego
ok. 10 dużych truskawek
80 gramów masła

Truskawki obieram z szypułek, kroję na połówki. W misce przygotowuję ciasto: jajka ucieram z cukrem, dodaję jogurt, wsypuję stopniowo mąkę z proszkiem do pieczenia. Masło rozpuszczam w rondelku. Wlewam ostrożnie gorące masło. Całość miksuję i przekładam do wysmarowanej tłuszczem foremki keksowej. Na wierzchu ciasta układam owoce, lekko wciskając je w ciasto. Piekę w piekarniku nagrzanym do 170-180 stopni Celsjusza przez około godzinę. Gotowe posypuję cukrem pudrem.
Ciasto jest dość zwarte i ma miąższ charakterystyczny dla tzw. ciast parzonych, czyli drobniutkie bąbelki. Użyłam do niego prawdziwych wiejskich jaj i wyszło mi wyjątkowo żółte, jak słońce, którego dziś zupełnie brakuje za oknem.
Ogłaszam konkurs: do wygrania "Wegetariańskie dania. 101 sprawdzonych przepisów" z BBC Good Food Magazine. By wygrać książkę trzeba zajrzeć na mojego śnieżkowego facebooka (ewentualnie polubić) i wpisać tam to, co potrzeba do północy 10 lipca. Rozwiązanie w poniedziałek 11 lipca.  Ogłaszam konkurs na fb, bo łatwiej skontaktować się z ewentualnym laureatem.

2 lipca 2011

Przymierzam się...

... do powtórki konkursu, bo zwycięzca/ zwyciężczyni nie zgłosił/ła się. Konkurs ogłosiłam w marcu, więc jeśli teraz zwyciężczyni sobie przypomni o wygranej, to powiem, że straciła szansę. Trzy miesiące to chyba wystarczająco dużo czasu by wysłać maila z namiarami na siebie?

Kurczak piri piri na rozgrzewkę


Mozambik jest ojczyzną kurczaka piri piri. W tej dawnej portugalskiej kolonii uprawia się właśnie ognistą papryczkę o tej nazwie. W małych, podłużnych strączkach piri piri skrywa się żar piekielny. Sos z jej wykorzystaniem Europa poznała dzięki Portugalczykom, a sposób przygotowania pieczonego kurczaka piri piri stał się jedną z najbardziej charakterystycznych potraw kuchni portugalskiej. Sam sos zwany też pili-pili lub peri-peri pozostaje wciąż ważną przyprawą zachodnioafrykańskich zup i potrawek mięsnych.

O kurczaku piri piri przypomniał mi Jamie Oliver. W swoim 30 minutowym szoł przygotował w błyskawicznym tempie brytfankę tego kurczaka. Przepis zapamiętałam, ale zrobiłam go bardziej tradycyjnie z leżakowaniem kurczaka w marynacie, zostawiłam też pietruszkę, którą Jamie zamienił na bazylię. Pietruszka moim zdaniem lepiej pasuje do ostrej papryki.

Kurczak piri piri

4 nóżki z kurczaka
2-3 piersi z kurczaka

Marynata:
3 ząbki czosnku
1 łyżka papryki piri piri w proszku lub 2 strączki papryki chili
pół szklanki oliwy z oliwek
pół szklanki wytrawnego białego wina
sok z połowy cytryny
pół pęczka pietruszki
mała cebula
listek laurowy
rozmaryn
łyżeczka tymianku

Papryki - 2 czerwone, jedna żółta.

Czosnek przecisnąć przez praskę, papryczkę chili i cebulę skroić, posiekać pietruszkę, dodać przyprawy, oliwę, wino, sok z cytryny, pokruszyć listek laurowy - całość zmiksować na jednolitą masę.
Mięso umyć i osuszyć, ponacinać ostrym nożem tak, by udka kurczaka wyglądały jak płastugi (trzeba rozciąć je do kości). Odlać połowę marynaty, a pozostałą natrzeć mięso  i włożyć je do lodówki na 2-3 godziny. Umyć i oczyścić z pestek i włókien słodkie papryki, pokroić je w dużą kostkę.
Nagrzać patelnię grillową, rozgrzać piekarnik do 200 stopni Celsjusza. Wyjęte z marynaty mięso opiekać na patelni grillowej z obu stron. Do naczynia żaroodpornego lub do brytfanki przelać odlany wcześniej sos. Układać na nim ugrillowanego kurczaka, na rozgrzanej patelni grillować słodką paprykę. (To pomysł Jamiego), później dołożyć ją do kurczaka. Całość piec jeszcze około 20 minut w piekarniku dekorując zanurzonymi w oliwie (aby się nie spaliły) gałązkami rozmarynu.
Sos jest wyjątkowo ostry więc danie nie nadaje się dla dzieci.

1 lipca 2011

Gaumardżos!, czyli pijacka gawęda o Gruzji

Długo zastanawiałam się, czy warto poświecić tej książce mój czas. Obawiałam się, że to miałka i sensacyjno-cepieliowska opowieść w stylu, jaki jej autor prezentuje zwykle przed kamerami tv. W końcu jednak dałam się skusić, bo Gruzja ciekawi mnie od dawna, i kupiłam „Gaumardżos!” Marcina Mellera i jego żony. Nie spodziewałam się i nie oczekiwałam wspaniałych reportaży dorównujących korespondencjom z Kaukazu Wojtka Jagielskiego. Nastawiłam się na opis kuchni  i obyczajów narodu, który słynie z tradycji biesiadowania i wznoszenia toastów. Tytułowe "Gaumardżos!", choć jest życzeniem zwycięstwa, na polski jest tłumaczone jako "Na zdrowie!".
Książkę czyta się jednym tchem - nic dziwnego, bo przecież Meller od lat pisze i warsztat ma świetny, a mimo to książka mnie rozczarowała. I nie jest to wina gruzińskiej mentalności, gościnności, czy skłonności do świętowania, przeradzającej się w kilkudniowe uczty (supry) suto zakrapiane winem i "czaczą" - gruzińską wódką. To wina Mellera, który w swoim hedonistycznym pędzie do smakowania życia zwraca szczególną uwagę na ten rys Gruzinów. Kto gustuje w zapisach pijackich ekscesów, chlania na potęgę, opowieściach o "urwanych filmach", wszystkich tych barwnych przygodach, którymi dzielą się dojrzewający chłopcy, mający za sobą pierwsze alkoholowe próby, może po tę książkę śmiało sięgać. Gruzińskie okoliczności przyrody nie zmienią polskiej, pijackiej mentalności, jaką niestety - nawet na dalekim Kaukazie - reprezentuje autor tej książki. "Spotykasz takich ludzi, jakim sam jesteś" - to powiedzenie nabiera w tym przypadku szczególnego znaczenia. Meller chleje, bo jest fajnie, bo stawiają, bo "To przecież Gruzja", tu obowiązuje "Georgia maybe time" - nic nie jest rzeczywiste w oparach wina i czaczy... Hulaj dusza - piekła nie ma!

Zdziwiło mnie, że w Mellerze nie ma dziennikarza, którym kiedyś był. Opowiada o swoich gruzińskich znajomych ze swadą i sympatią, ale nie zastanawia się zupełnie z czego żyją (a biedni nie są. Czy gwiazda rocka utrzymuje wszystkich?), skąd na ulicach czarnomorskich kurortów, jak Batumi, czy Suchumi dziewczyny w obłędnie drogich, markowych ciuchach, skąd płyną pieniądze? Z handlu bronią?
Nie jest tak, że nic mi się w tej książce nie podoba. Obyczaje Gruzinów, instytucja tomady - wznoszącego toasty, mentalność tego narodu, napięcia między narodami Kaukazu, konflikty zbrojne, które na razie przygasły, ale gdzieś, tam u korzeni gór wciąż się tlą, są dobrze nakreślone. Kiedy z Mellera wychodzi korespondent wojenny wtedy "Gaumardżos! czyta się z zapartym tchem. Meller przypomina swoje wstrząsające reportaże z "Polityki", jak "Ucieczka z mandarynkowego raju" - opis rejsu statkiem przepełnionym uchodźcami, który, z dławiącymi się silnikami, ledwie utrzymuje się na morzu. Cudem ratuje go rosyjska flota. Interesujący jest też zapis śledztwa dziennikarskiego dotyczącego porwania samolotu przez młodych Gruzinów, których "Srebrny lis" Szewardnadze pozwolił skazać na śmierć, by zasłużyć się Moskwie.
Dramatyczne historie wciąż są poruszające i wspaniale napisane. Jest w tych opowieściach autentyzm, nawet jeśli trochę podkolorowany, są bohaterowie i emocje, jest też dziennikarz - uczestnik opisanych wydarzeń. Szkoda, że Meller tylko wspomina o olbrzymiej pomocy Stanów Zjednoczonych dla Gruzji, o budowaniu przez USA przyczółka antyrosyjskiego w tej części świata. Tłumaczy za to powody miłości i szacunku, jakim Gruzini obdarzają zmarłego prezydenta Kaczyńskiego. Przynajmniej w Gruzji Kaczyński zapisał się  złotymi zgłoskami.
Z uśmiechem czyta się historię Katarzyny  Pakosińskiej, kabaretowej artystki, która w młodości zakochała się w Gruzinie. Po latach postanawia odszukać swoją wielką, młodzieńczą miłość. Ta love story nie ma oczywistego happy endu, ale jest pięknie opowiedziana. Autorka reportażu umiejętnie zestawiła wyidealizowane wspomnienia aktorki z gruzińską, niełatwą rzeczywistością. Oddała plastycznie napięcie jakie towarzyszy Pakosińskiej w poszukiwaniach księcia z bajki i rozczarowanie, a nawet strach, po jego odnalezieniu. Brrr... Wielki pijany Gruzin Mamuka, który nie chce wypuścić ukochanej z własnego domu jest niczym bohater amerykańskiego dreszczowca.
Nie żałuję dwóch wieczorów, które poświęciłam na lekturę "Gaumardżos!". Pijackich gawęd, pod warunkiem, że nie są opowiedziane zbyt bełkotliwie, dobrze się słucha. Zawiany narrator opowiada z werwą i emocjami i o to w tej Gruzji Mellera chodzi. Na zdrowie czytelnicy! Żyje się tylko raz, nawet, jeśli to życie płynie na beczce kaukaskiego prochu.

A tym, którzy pragną poznać sekrety gruzińskiej długowieczności polecam wspaniałą książkę "Kuchnię gruzińską" Grażyny Strumiłło-Miłosz. Można ten tomik czasem wypatrzyć na allegro, bo wznowień od 1981 roku nie było. Warzywa, zioła z królową kolendrą na czele, wspaniałe placki, nawet robione po raz pierwszy, niewprawną ręką będą dużo lepiej smakować niż dania podawane w gruzińskiej sieciówce fastfoodowej zwanej na wyrost "Gruzińskie chaczapuri" (we Wrocławiu na rogu Kiełbaśniczej i Mikołaja). Ostatnio mieliśmy tam nieprzyjemność zamówić lawasze z kurczakiem i serem. Placek był twardy i spieczony jak stara podeszwa a kurczaka szukaliśmy z lupą. Honor domu uratowała gruzińska oranżada gruszkowa, słodka niemożebnie, ale sprowadzona prosto z Kaukazu.




"Gaumardżos!", Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Świat Książki

Papryka na przystawkę z fetą


Uwielbiam zdejmować z upieczonej papryki skórkę. Odchodzi aż miło i aż dziw, że papryka pokryta jest z natury, czymś co przypomina po upieczeniu jakiś sztuczny pergamin, czy bibułkę.
Lubię potem te miękkie, flakowate paprycze ciałka nadziewać  mięsem z ryżem lub fetą i opiekać na grillowanej patelni czasem aż za mocno. Aromatyczna, miękka i smaczna papryka w takiej postaci może być dodatkiem do mięsa lub samodzielną przystawką.


Papryka na przystawkę
5-6 zgrabnych czerwonych papryk
2 cebule
250 gramów fety
ząbek czosnku
kromka chleba tostowego
jajko
pieprz czarny lub pieprz ziołowy
dwie łyżeczki bułgarskiej czubrycy
mąka

Papryki myję, osuszam i wkładam do rozgrzanego do 200 stopni Celsjusza piekarnika. Piekę tak długo aż skórka stanie się czarna. Upieczone papryki przekładam do miski, którą zakrywam folią spożywczą. Nie zaglądam tam dopóki papryka nie ostygnie. Wtedy zdejmuję z niej skórkę i czyszczę z pestek.
Przygotowuję farsz: drobno skrojoną cebulę i posiekany czosnek przysmażam na oliwie. Czekam aż przestygną, przekładam do miski, do której dodaję fetę, pokruszony chleb, rozbełtane jajko i przyprawy. Całość mieszam na gładką masę. Łyżką nakładam do przestudzonych papryk. Otaczam papryki w mące i kładę na grilla lub patelnię grillową. Przypiekam z obu stron. Paprykę można jeść na ciepło lub na zimno - jak kto woli.

Drukuj przepis

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...