29 stycznia 2012

Obłędnie czekoladowe brownie bez mąki


Dumna jestem ogromnie z tego brownie, bo ciasto wyszło, takie jakie powinno być. Obłędnie czekoladowe, wilgotne, pozostawiające na języku obietnicę cudownej pralinki prosto od Leonidasa. To smak tajemnicy, delikatnej słodyczy z nutką cytrynowej świeżości, a gdzieś tam w tle szumi leszczynowy zagajnik, zasłany pięknymi, krągłymi, chrupkimi orzeszkami... Marzenie łasucha spełnione, ale nawet cała tortownica tego brownie to za mało. No za mało! Takie pyszne, rozpływające się w ustach... Comford food. Trochę ze mnie samochwała, ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że przepis, który mnie zainspirował do improwizacji pochodzi z książki Nigelli Lawson "Kuchnia. Przepisy z serca domu". I możecie sobie narzekać na Nigellę, że robi wszystko z gotowców i że ostatnio wychudła, ale łasuchem pozostanie w głębi duszy do końca życia. Nie wierzę, że utrzyma swoją rachityczną wagę - z łakomstwem się nie da wygrać, a ona jest nieprzyzwoicie łakoma. Prędzej nabawi się bulimii niż przestanie jeść.


Brownie obłędnie czekoladowe bez mąki

150 gramów gorzkiej czekolady (nie musi być Lindt, wystarczy Goplana :))
150 gramów masła
5 jajek (Nigella daje 6 jaj - moim zdaniem za dużo)
250 gramów cukru
100 gramów mielonych orzechów laskowych (N. dodaje migdały)
4 łyżeczki prawdziwego kakao w proszku
otarta skórka z połowy cytryny (N. woli limonkę) i sok z tej połówki
cukier puder do oprószenia

Uruchamiamy bain marie (miseczka na parze), w której rozpuszczamy czekoladę i masło. Jajka ubijamy z cukrem aż będą białe i pieniste. W osobnej miseczce mieszamy zmielone orzechy laskowe z kakao, dodajemy do jaj z cukrem, mieszamy. Kolejny składnik to skórka z cytryny i sok. Mieszamy wszystko dokładnie. Wlewamy ciasto do wysmarowanej masłem tortownicy o średnicy 23 centymetrów, pieczemy przez 40-45 minut w rozgrzanym do 180 stopni piekarniku. Kiedy ciasto będzie gotowe wyjmujemy je i czekamy aż przestygnie. Dopiero wtedy posypujemy je cukrem pudrem.
A potem... Mmmm... Pyszności...

21 stycznia 2012

Mrówkowiec dla niejadka - domowy podwieczorek

Otyłe dzieci, otłuszczone nastolatki - z każdej strony lekarze alarmują, a nauczyciele uczą się, jak rozmawiać o problemie z rodzicami, którzy zamiast przyznać, że mają otyłe dziecko eufemistycznie określają je, że "dobrze wygląda". Ja mam natomiast zupełnie inny kłopot - chude dziecko. Lekarz ustalił plan - ma przytyć choć kilogram w tym roku. A mały nie chce jeść, jak już je to godzinami, modli się nad talerzem zupy... Poza tym to miły, wesoły, ruchliwy chłopczyk, który zamiast chodzić, podskakuje jak piłeczka, śmieje się w głos i uwielbia wiele rzeczy, m.in. właśnie sport. Nie zna smaku śmieciowego jedzenia z fast foodów, nie jada kalorycznych przekąsek, gotowej pizzy, chrupek, chipsów, czy innych świństw, więc nie tyje... Czasem martwię się, że jesteśmy zbyt restrykcyjnymi rodzicami, karmiącymi dziecko ciemnym chlebem, zamiast pszennymi bułkami.
Żeby choć troszkę przybrał  na wadze przypomniałam sobie mocno zakurzoną instytucję podwieczorku - małej przekąski pomiędzy obiadem a kolacją. Na podwieczorek dobre są domowe ciasta i szklanka mleka.
Domowe wypieki, choć nie lubię słodkich ciast, wracają więc do mojej kuchni. Na pierwszy ogień poszedł mrówkowiec - ciasto z mojego nastolatkowa. Zajadałam się nim u mojej przyjaciółki. To właśnie przepis od niej.

Mrówkowiec

1 kostka masła
1 i 1/2 szklanki cukru
6 jaj
2 szklanki mąki
3/4 szklanki maku
1 łyżeczka proszku do pieczenia
odrobina olejku waniliowego lub migdałowego do wyboru

Masło ucieramy z cukrem, dodajemy po jednym jajku i nadal ucieramy. Mąkę przesiewamy z proszkiem do pieczenia i dodajemy do masy maślano-jajecznej, dodajemy kilka kropli olejku zapachowego, wsypujemy mak. Mieszamy. Przekładamy do większej foremki keksowej nasmarowanej oczywiście tłuszczem lub wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy przez godzinę w nagrzanym do 160 stopni piekarniku.
Wertuję książkę z mojego dzieciństwa "Kuchnię pełna cudów" Marii Terlikowskiej. Szukam pomysłów na dania dla niejadka, żeby było kolorowo, smacznie, zdrowo i kalorycznie w ramach rozsądku.
Zniszczona książeczka należała do moich ulubionych - stąd pochodzą "Fregaty na liściach sałaty", cudowny tort truskawkowy, muchomory z pomidorów, a także "awanturka", czyli określana zapomnianym już słowem, pasta rybna do kanapek...



Książeczkę wydała Krajowa Agencja Wydawnicza w 1978 roku. Czy były jakieś wznowienia? Kto ma dziś prawa do tej świetnej książeczki?
Akcja tej opowiastki dzieje się w kuchni, gdzie rodzina Kowalskich przygotowuje prawdziwe cuda do jedzenia. Oprócz ciekawych przepisów, które można zrobić z dziećmi, mamy okazję poznać wiele ciekawych historyjek z życia rodziny Kowalskich. Jest mama, tata, dzieci - Justyna i Tomek oraz ich ulubieniec kot Barnaba. A wszystko  pięknie zilustrowała Ewa Salamon.





19 stycznia 2012

Norsk fiskesuppe. Norweska zupa rybna


Fiskesuppe, czyli zupa rybna nie gości często na moim stole. Choć jest pyszna i mogłabym ją jeść całymi garnkami, to nie wszyscy domownicy podzielają moje uwielbienie dla tego dania. Przepis odtwarzałam z pamięci, wspierając się różnymi skandynawskimi blogami kulinarnymi. Na jednym przeczytałam, że ta zupa nazywana jest też domową zupą rybną.
Żałuję, że w Polsce jemy tak mało ryb i w związku z tym nie dostanie się w zwykłym spożywczym paczki mrożonych kawałków ryb na zupę ani bulionu rybnego w kostce.
Może to i lepiej.
Zupa jest sycąca, rozgrzewająca, w sam raz na styczniową zimę - niezimę.

Norsk fiskesuppe (na 4 osoby)

ok. 400 gramów kawałków ryby (może być mrożona): łososia, dorsza, mintaja
200 gramów krewetek
dwa małe pory
dwie marchewki
trzy łyżki mąki
6 łyżek masła
3 łyżki kwaśnej śmietany
sól, pieprz
4 szklanki bulionu rybnego

Marchew obieramy, myjemy pory, usuwamy wierzchnią część łodygi. Kroimy marchew i pory w plasterki. Na patelni roztapiamy dwie łyżki masła, podsmażamy warzywa by lekko zmiękły. W osobnym garnku podgrzewamy bulion rybi (albo sami go gotujemy, albo jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami skandynawskiej kostki rybnej). Podsmażone warzywa dodajemy do bulionu, podgotowujemy przez ok. 7 minut. Na patelni topimy resztę masła, dodajemy mąkę, mieszamy by nie powstały krupy, chochelką dolewamy bulion na patelnię. Dalej mieszamy aż utworzy się sos przypominający trochę beszamel, dodajemy śmietanę. Dalej mieszamy. Całość przelewamy do garnka z bulionem i warzywami. Doprawiamy solą i pieprzem. Na parze gotujemy poporcjowaną na małe kawałki rybę i krewetki koktajlowe.  Na talerzu układamy kawałki ryby i zalewamy zupą. Gotowe.

7 stycznia 2012

Pożegnanie z piernikową chatką w Trzech Króli

Młotek, puszka na kawałeczki piernika i już po wszystkim :)

Smacznego.

Gruzińskie kotlety mielone



Kotlety mielone to raczej nudna potrawa. Na szczęście można ją przygotować zupełnie inaczej.
Na początku grudnia we Wrocławiu organizowane są Wrocławskie Promocje Dobrych Książek. Wypatrzyłam tam stoisko Wydawnictwa Rea, które ma w swojej ofercie m.in. książki kulinarne. Najładniej wydane i najciekawsze są ich książki poświęcone kuchni rosyjskiej, pierogom i pielmienom oraz kuchni gruzińskiej.


Książkę napisała Gruzinka Jelena Kiładze, a tłumaczenie konsultowali pracownicy Ambasady Gruzji w Polsce. Oprócz ciekawych przepisów przeczytamy informacje o kraju, historii Gruzji, poznamy gruzińskie wina, bo przy każdym rozdziale są omówione wina pasujące do opisywanych potraw. Całość uzupełniają bardzo ładne zdjęcia. Z tą książką można śmiało wyruszyć w podróż po gruzińskich kulinariach i poznać tradycję biesiadowania i sposoby na przygotowanie narodowych potraw. Wspaniałe sposoby na przygotowanie bakłażanów, fasoli, pomidorów i kabaczków, nieznane sery, jak np. imertyński, zaprawione ziołami - kolendrą, miętą, czy berberysem. Nie brakuje też przepisów na najsłynniejsze gruzińskie dania - chaczapuri, chinkali, sacywii. Warto przeczytać przepis i zobaczyć, jak wyglądają na zdjęciach, by wiedzieć, czego oczekiwać w restauracji.



„Posługując się językiem kulinarnym, chciałam, aby ta książka stała się harmonijną potrawą. Rolę podstawowego produktu odegrały w niej dokładne wiadomości – przepisy i fakty historyczne, a cała reszta posłużyła jako przyprawy, bez których potrawa byłaby mdła, nieapetyczna i niestrawna". - napisała Jelena Kiładze we wstępie do swojej książki.
Książkę wydało wydawnictwo REA.




Właśnie u niej znalazłam przepis na "Kepiłę", czyli kotlety mielone inaczej



Kepiła
1/2 kg mięsa mielonego (najlepiej wołowe)
ząbek czosnku
1 mała cebula
1 jajko
po 50 gramów szczypiorku i zielonej natki pietruszki
1 łyżeczka suszonego zmielonego berberysu (nie miałam)
5 łyżek mąki kukurydzianej
trochę ostrej czerwonej papryki w proszku
sól
pieprz
listki kolendry do posypania dania

Szatkujemy drobniutko cebulę, dodajemy do mielonego mięsa wraz z przeciśniętym przez praskę czosnkiem, wbijamy jajko, dodajemy przyprawy, całość mieszamy. Siekamy szczypiorek i natkę. Z mięsa formujemy płaskie placki (wyjdzie ok 4-5 sztuk), kładziemy na talerzu wysypanym mąką kukurydzianą, na środek nakładamy szczypiorek z natką, podważamy mięso szerokim nożem i składamy na pół jak pierożek. Obtaczamy w mące kukurydzianej i smażymy na złoto. Na patelnie po smażeniu wlewamy pół szklanki wody, dodajemy kolendrę. To będzie sos, jeśli ktoś lubi kotlety z sosem.

Proste to a smaczne. 

O tej porze roku o świeżą kolendrę nie jest łatwo, więc kotleciki posypałam szczypiorkiem.

Drukuj przepis

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...