1 czerwca 2015

Jak jeść, żeby schudnąć. Wizyta u dietetyka.


Nie wchodzisz w dżinsy w rozmiarze, który zawsze nosiłaś? Nie możesz patrzeć na swoje odbicie w sklepowej przebieralni, bo we wszystkim wyglądasz źle? Czas na zmianę - dużą i trwałą! Nie mam czasu ani ochoty na diety z kolorowych czasopism, po których natychmiast przytyję dwa razy więcej, dlatego poszłam do dietetyka, a konkretnie do pani dietetyk.


Jak przygotować się do wizyty?

Warto zrobić rachunek sumienia jedzeniowego, czyli przyjrzeć się temu, co jemy na co dzień. Może w tym pomóc zapisywanie przez kilka dni przed wizytą składników naszych posiłków.
Trzeba przyznać się też do swoich słabości. Moją są sery pleśniowe, piwo rzemieślnicze i czekolada Milka karmelowa.
Warto też przynieść swoje aktualne badania - poziom cholesterolu, glukozy, hormony tarczycy (jeśli ktoś ma) i morfologię.

Wizyta

Spotkanie z dietetyczką trwa ponad godzinę. Jeśli myślicie, że będziecie krytykowani i pouczani to jesteście w błędzie. Pani dietetyk pyta, pyta i pyta, a końca tych pytań nie widać. O zdrowie, o zachowania konsumenckie, o wybory żywieniowe, o regularność posiłków, o nasze preferencje smakowe, o sport, o aktywność, o przebyte choroby, o uczulenia, o liczbę ciąż, o diety, które kiedyś tam się stosowało... Wszystko skrzętnie zapisuje, a potem zaprasza na wagę.
Waga nie jest centralnym punktem gabinetu, ale ustawiona jest dyskretnie za drewnianym parawanem. Pip i wszystko jasne - waga podaje nie tylko liczbę kilogramów, ale także przelicza BMI, procent tłuszczu w naszym ciele i generalnie wpędza nas w depresję.
Kiedy zobaczyłam swój wynik, to pomyślałam, że waga się zawiesiła, albo ktoś nie wykasował danych osoby, która ważyła się wizytę wcześniej!
Niestety prawda bywa okrutna. Od tego czasu mam już 5 kilogramów mniej!

Jeść, żeby schudnąć

Na podstawie naszych fizycznych warunków, wieku, stanu zdrowia i indywidualnej historii pani dietetyczka określa, ile docelowo powinniśmy ważyć, czyli ile kilogramów trzeba zgubić.
Od razu zaznacza, że czeka nas ciężka praca i zmiana nawyków żywieniowych. Szkoda bowiem chudnąć na chwilę, żeby później wrócić do tego, co niezdrowe i kilogramogenne. (takie słowo wymyśliłam).
Kluczem do sukcesu jest pobudzenie metabolizmu organizmu przez jedzenie. W tym celu określamy długość dnia - o której wstajemy, o której idziemy spać. Od tego będzie zależeć liczba posiłków. Mój dzień jest stosunkowo długi, bo wstaję ok. godz. 6, a kładę się spać w okolicach 22-23, dlatego mam czas na pięć posiłków dziennie. Nie są to posiłki drwala, ale pracującej przy komputerze kobiety, która od czasu do czasu jeździ na rowerze, pracuje w ogródku i biega. Ważne jest, by utrzymywać przez cały rok podobny poziom aktywności.
Posiłki komponuję zgodnie z przygotowaną dla mnie i tylko dla mnie tabelą. Nic skomplikowanego, choć niewątpliwie przydaje się tu kuchenna waga elektroniczna. Jeśli ktoś był np. na prewencyjnej diecie diabetycznej np. w ciąży, to wie o co chodzi. W diecie pani dietetyk zbilansowała liczbę białka, węglowodanów, cukrów i tłuszczów.
Pochwaliła mnie za dobre nawyki żywieniowe - żadnych przekąsek, gazowanych napojów (najbardziej na świecie nie lubię coca-coli i nie przepadam za chipsami, bo są za słone), słodkich serków i jogurtów, mało przetworzonych słodyczy (tylko ta Milka...), brak gotowych dań, pizzy i chińskiego na wynos w menu. Tym sposobem umocniła mnie w decyzji i podniosła motywację!
Moje błędy: nieregularne i źle zbilansowane posiłki (za dużo węglowodanów), duże wahania cukru spowodowane za długimi  przerwami między posiłkami.

Magiczne tabele

Dostałam trzy tabele produktów podzielone na pięć posiłków. W pierwszej tabeli są produkty białkowe, w drugiej węglowodany, w trzeciej owoce (cukry proste). Jest też spis dozwolonych warzyw, które mogę jeść bez ograniczeń. Do tego trzy łyżki tłuszczu na cały dzień i 1 1/2 litra wody do wypicia.
Pani dietetyczka ma na biurku magiczny kuferek, w którym przechowuje etykiety produktów - to na ich podstawie uczy jak wybierać odpowiedni ser, chleb, czy mąkę. Przed zakupem warto czytać etykiety! Niby znana prawda, ale palec do budki, kto czyta etykiety w sklepie z marudzącym dzieckiem u boku!
W moim przypadku zabronione są banany, arbuzy, melony, pszenna mąka i pieczywo. Z koszyka w spożywczym wypadają, jeśli tam były, niezdrowe przekąski, przetworzone dania, balerony, salcesony, golonki, tłuste mięsa, majonezy, słodkie gazowane napoje, żółte i pleśniowe sery, mozzarelki, no i piwo. Jedyny dozwolony alkohol to wino wytrawne w małych ilościach lub wytrawny cydr. Wolno jeść makaron, ale pełnoziarnisty, chleb z mąki razowej lub graham, chleb chrupki i wszystko inne, co nie jest zabronione. Nie liczymy kalorii, one w ogóle nas nie obchodzą. W tym sposobie jedzenia ważny jest tzw. indeks glikemiczny i odpowiednie zbilansowanie posiłków.


Żegnaj głodzie

Pierwszy raz od lat nie jestem głodna między posiłkami. Na razie ważę, zapisuję i planuję moje posiłki. Do pracy idę ze zgrabną, turkusową torbą termiczną pełną pudełeczek z jedzeniem - na posiłki o godz. 10 i o godz. 14. I ku swojemu zaskoczeniu widzę, że to działa. Chudnę. Na razie 5 kilogramów.  U pani dietetyk pojawiam się raz w miesiącu. Tych miesięcy będzie tyle, ile potrzeba do osiągnięcia przeze mnie docelowej wagi.

Myślę, że warto wybrać się do dietetyka, bo takie spotkanie zmienia spojrzenie na własny organizm. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, ile jest prawdy w starych jak świat powiedzeniach "Jesteś tym, co jesz", albo "Organizm to nie śmietnik".

Moja pani dietetyk przyjmuje we Wrocławiu. Zainteresowanym mogę podać ceny. Niestety wizyt u dietetyka nie refunduje NFZ. Moim zdaniem powinien, bo dzięki pracy dietetyków mniej byłoby osób cierpiących na choroby związane z otyłością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj przepis

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...