Chałka dyniowa

Krótka historia rumuna. Przepis na mici (mititei)


Rumuńskie mici, czyli kiełbaski z mięsa mielonego znane są na Bałkanach pod różnymi nazwami. Cevapi, cevapcici jadł chyba każdy, kto zawędrował w tamte strony.  Zawdzięczam Rumunom nie tylko przepis na mici, ale też przedmiot nieodzowny przy rozpalaniu grilla.



Ten pomarańczowy przedmiot, widoczny na zdjęciu powyżej, pieszczotliwie nazywamy w rodzinie i wśród znajomych rumunem, wyrażając wdzięczność Rumunom, którzy przez jego powszechne użycie zapisali się na wieczność w sercach miłośników grilla. Wkład Rumunii w rozwój kultury kulinarnej jest niezaprzeczalny. Dzięki niemu rumuńskie mici z grilla są najpyszniejsze.
A wszystko zaczęło się dla nas kilka lat temu w przepięknej Transylwanii. Zatrzymaliśmy się na kempingu o uroczej nazwie "Vampire Camping" w miasteczku Bran. Obok swój namiot rozbiła para - ona szykowała jedzenie, on rozpalał grilla. Nie szło mu to jednak najlepiej, grill dymił i chłopak zniknął na dłuższą chwilę w jego siwych obłokach. Nagle, niczym Rambo, który właśnie położył jedną serią pół oddziału nieprzyjaciół, wyłonił się z chmury dymu dzierżąc w dłoni niezidentyfikowany przedmiot. Machał nim z furią i olbrzymią determinacją aż brykiet w grillu przestał dymić i rozpalił się prawidłowo. Nie wiedzieliśmy wówczas co ów dzielny człowiek trzyma w ręce, ale zaciekawiło nas to urządzenie.
Znaleźliśmy je w dyskoncie w małym miasteczku nad Morzem Czarnym, bodajże w miejscowości Jupiter albo Saturn, na stoisku z akcesoriami do grilla. Nabyliśmy je za niecałe 5 lei, czyli za mniej niż 5 zł. Było w kolorze kobaltowym i przez wiele lat służyło nam do rozpalania grilla, budząc zazdrość znajomych. Było niezastąpione w przypadku rozpalania opornego brykietu i oszczędzało płuca mistrzów grilla.
Niestety po kilku latach plastik po prostu zużył się i złamał. Nasze urządzenie nadawało się tylko do pojemnika na odpady plastikowe. Byliśmy niepocieszeni, bo nie wiedzieliśmy jak nazywa się to ustrojstwo. Na szczęście mam to do siebie, że automatycznie zapamiętuję nikomu niepotrzebne słowa w zupełnie nieprzydatnych językach. I nagle z mojej pamięci wychynęło rumuńskie słowo: gama, którym opisano w sklepie owo coś do grilla.
Gama  to po rumuńsku wachlarz. Poszukaliśmy w sieci wachlarza do grilla i znaleźliśmy nasze akcesorium! Ukrywa się też pod nazwą  handlową "deska do grilla", ale dla nas na zawsze pozostanie ukochanym i nieodzownym rumunem. Bez niego grill to nie grill. Zamówiliśmy na wszelki wypadek trzy, miały być czarne, ale przyszły pomarańczowe. Chyba lepiej, bo nie zginą w plenerze.
Używamy rumuna regularnie piekąc na grillu m.in. rumuńskie mici (mititei). Rumuni z upodobaniem dodają do mięsa sodę oczyszczoną, która sprawia, że mięso jest soczyste i delikatne.
Moje mici zapozowały do zdjęcia na tle trejażu jak z płótna Aleksandra Gierymskiego "W altanie". Miłośnicy Rumunii dostrzegą też na zdjęciu rumuńską flagę.

Mici

500 gramów tłustej, mielonej wieprzowiny lub baraniny (lub mieszanki obu mięs)
250 ml bulionu wołowego
4 ząbki czosnku
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2  łyżeczki soli
1 łyżeczka czarnego pieprzu
1 łyżka suszonego tymianku
1 łyżeczka słodkiej papryki
1 mała czerwona cebula (opcjonalnie)

W misce mieszamy mięso, wyciśnięty przez praskę czosnek, sodę oczyszczoną i przyprawy, dodajemy bulion. Całość wyrabiamy na gładką masę, jeśli mamy ochotę dodajemy bardzo drobno posiekaną cebulę. Przykrywamy masę folią i wkładamy na całą noc do lodówki. Mici możemy formować ręcznie, możemy je też wycisnąć przez szprycę cukierniczą z końcówką z dużym otworem. Gotowe mici pieczemy na grillu, podajemy z ajvarem lub z tzatzykami.


Komentarze